nowy, zarąbisty blog o piłce nożnej!!!
RSS
niedziela, 25 czerwca 2017
45 lat Harki

45 lat skończył właśnie Zinedine Zidane. Jak to szybko zleciało. Pamiętam, jak był taki mały, a teraz ma już tyle Lig Mistrzów, co Alex Ferguson przez całe życie. Po półtora roku trenowania. Nie będę dzisiaj wspominał o powalającym przyjęciu Zidane'a przez niektórych znawców (np. komentatorów Ligi Mistrzów w TVP, których miałem nieszczęście słuchać w finale). Powiedzmy tyle - ta ekipa gra fantastycznie i gdyby trener miał 60 lat, był Włochem i nazywał się Francesco Zidanollo, wszyscy by piali z zachwytu nad jego geniuszem taktycznym. Ale jest czymś więcej, jest Zidane'em.

 

 

Włosy są i znikają, takie życie. Ale to zaciekłe, bezkompromisowe spojrzenie zawsze było i jest. Zidane po przyjściu do Cannes podobno najwięcej czasu spędzał sprzątając, w ramach kar, gdy kolejny raz na kogoś się rzucał za obrażanie jego pochodzenia. Koledzy algierscy z kolei obrażali go, że za mało prawilnie algierskie ma pochodzenie wyklęte. Ta furia jest w dzisiejszych czasach Europy bardzo charakterystyczna. Rodzisz się - i już za to, komu się urodziłeś, ludzie dokoła cię nie lubią. Masz taki filtr ustawiony. Żyjesz tak każdego dnia, wygląda tak każde spotkanie z ludźmi dokoła. Inni na dzień dobry są traktowani jak Antek, Jarek, Piotrek, po prostu są, ty jesteś tym elementem antyfrancuskim, masą zła, po prostu na dzień dobry. Niektórzy z tym żyją, inni się denerwują, postrzegają sytuację jako wrogą i nabierają agresji. Zidane określał siebie - "najpierw Kabyl z La Castellane, potem Algierczyk z Marsylii, potem Francuz", co ma często ignorowane z perspektywy Polski znaczenie: Kabylowie są Berberami, a więc nieco "obcym ludem" także w Algierii, gdzie większość arabska wraz z rozwojem nacjonalizmów na świecie coraz częściej ma poczucie bycia odrębnym, wrogim i oczywiście lepszym narodem. Nazywanie Zidane'a Arabem - to trochę jakby w czasach II wojny światowej nazwać Polaka Niemcem, bo te okolice... Albo Pawła Kukiza dzisiaj Arabem, no bo co, Berberem nie jest. O ile w czasach bycia tylko częścią Francji nie miało to takiego znaczenia, wszyscy byli i tak "nie u siebie" - podobnie jak na polskiej Galicji za czasów CK nie rozwijały się tak mocno konflikty pomiędzy np. Polakami a Rusinami - i przez setki lat trudno było mówić o jakiejś wojnie, to po wywalczeniu niepodległości przez Algierię i rozwoju nacjonalizmów na świecie, w tym przypadku - nacjonalizmu arabskiego, z czasem taki konflikt zaczął narastać. Jak wszędzie na świecie w takich przypadkach: grupa mająca władzę ogranicza kulturę i język mniejszości, ludzie ci mają trudniej niż prawilini Arabowie o miejsce do życia i wszystkie sprawy itp. Gdy dorastał Zidane, animozja ta na skalę narodową zaczęła się rozwijać, z pojedynczymi przypadkami otwartej agresji w latach 70., potem częstszymi od lat 80. i do dziś.

Piłkarz z Marsylii najbardziej był wściekły, gdy nazywano go "Harki". To słowo odnosiło się pierwotnie do ruchu, który walczył w wojnie algierskiej po stronie pozostania częścią Francji, przeciwko niepodległościowcom - dziś najczęściej ogólnie odnosi się je do wszelkich przeciwników niepodległości Algierii, chcących związku z Francją, a więc "zdrajców narodu" itp. W Polsce - w dniu, w którym akurat przegłosowano kolejne zmiany nazw ulic we Wrocławiu - za nieco podobne słowo można by uznać "komuch", odnoszone przez polskich ludzi tego typu do wszystkich, którzy nie byli "Wyklętymi". Innymi słowy, można tak nazwać każdego, kto nie jest spoko, zawsze wspominając, że jeśli np. współpracowałeś z jakimikolwiek miłośnikami jakkolwiek rozumianego socjalizmu, to przecież socjalizm zabił 500 miliardów ludzi. Czytającym tego bloga i mającym mózg nie trzeba chyba wspominać, że kolonializm również pozbawiony ludzkich śmierci nie był, delikatnie mówiąc, co jego przeciwnicy mogą z równym zacięciem powtarzać, szukając wrogów Dobra. Można więc sobie wyobrazić traktowanie takiej osoby.

Podobnie jak każdy, kto w Polsce ma ojca "komucha", tak i Zidane musiał i musi się tłumaczyć, choć oczywiście zależy komu - w czasach PRL ojciec "komuch" był raczej powodem do chluby, tak samo jak dla ludzi będących miłośnikami rasowego "rdzennie francuskiego" "patriotyzmu" ojciec Harki może świadczyć o tym, że masz prawo żyć we Francji i ogólnie spoko. Tak zwani dzisiaj "patrioci" obu stron, ludzie zakładający nieunikniony rasowy konflikt swojej strony i jakkolwiek uznanych wrogów, musieli być na Zidane'a źli cały czas, nie było wyjścia, żeby zadowolić każdego. Takie życie - w sytuacji konfliktu najgorzej nie być zbyt mocno po żadnej ze stron, wtedy nikt cię nie lubi. Gdy Zidane grał już w reprezentacji Francji, zaczął rozwijać się Le Pen, dla którego "tacy jak Zidane" jeszcze byli spoko, bo w końcu jego ojciec podobno był Harki, czuł się Francuzem zintegrowanym, to spoko. Jednakże dzieci Harki niekoniecznie wszyscy już Francuzami się czuli, dorastając już we Francji po podziale, będącej zupełnie odrębnym krajem od Algierii, i całe życie traktowani jako jednak element obcy. Wielu spokojnie żyło jako Francuzi, inni nie i zaczęli interesować się patriotyzmem algierskim, w różnej mierze i w różnym rozumieniu. Gdy Zidane dorastał już w latach 70. i 80., we Francji było coraz popularniejsze już dzisiejsze popularne rozumienie rasowe "patriotyzmu" algierskiego, więc Harki było często używaną obrazą. Zidane w wywiadzie mówił, że nigdy nie cierpiał tak bardzo, jak będąc nazywany zdrajcą narodu przez Algierczyków. 

Zidane często się wkurwiał. W karierze dostał 14 czerwonych kartek, w tym dwie na Mistrzostwach Świata, rzadko kiedy za "potrzebne" faule. 

 

 

 

No i piłkarz. Lubię śmiesznie gdybać, jak by dzisiaj wspominano Zidane'a, gdyby nie był częścią zwycięskiej reprezentacji Francji (co przecież nie zależy tylko od niego, wiadomo że np. gdyby grał dla Algierii, grając tak samo, to pewnie by ciula medalów z nią wygrał. Nota bene w dzisiejszych innych czasach kto wie, jak by wybrał...). Zidane zawsze od dziecka grał świetnie i wyjątkowo, ale do tego czasu jednak przegrał oba finały Ligi Mistrzów, w których grał, nie mając tytułu drużynowego, który tak wiele zmienia dla ludzi. Nie był snajperem skupiającym się na strzelaniu goli. Zawsze można było powiedzieć, że Zidane znika w finałach, zawodzi itp., jak to się zawsze mówi, gdy się chce. Dziś coraz popularniejsze jest licytowanie piłkarzy na Złote Piłki, jakby to był jakiś wyznacznik od Boga - Zidane ma tylko jedną, a więc mniej niż choćby Prawdziwy Ronaldo czy Van Basten. To było przed Neostradą i mogę tylko się zastanawiać, jakie opinie o nim wydawałoby internetowe grono przez latem 1998, albo potem bez tych triumfów. 

Niemniej było jak było - Francja wygrała, potem kupił go jako największą światową gwiazdę Real Madryt, w końcu Zidane kopnął raz a dobrze w finale Ligi Mistrzów i wygrał również to trofeum. Dziś jest zazwyczaj nazywany najlepszym piłkarzem epoki, często wśród czterech najlepszych w historii, obok Messiego, Pelego i Maradony.

środa, 21 czerwca 2017
Jedenastka 2016-17: Premier League

Długo myślę nad tymi jedenastkami cały sezon, szukam kryteriów i wtedy patrzę, kto je spełnił. I na koniec sam jestem zdziwiony, kto tam trafia.

Mówcie co chcecie o lidze angielskiej, ale fakt, że przed tym sezonem typowano do mistrzostwa 5-6 ekip i w sumie każdy miał jakieś tam argumenty. Ostatecznie wygrała Chelsea, która wcale nie była jakimś faworytem. Niekoniecznie jakoś dominowała przeciwko najsilniejszym rywalom, zazwyczaj, ale ich regularność przeciwko słabiakom zupełnie wystarczyła. Nie były to zazwyczaj piękne mecze, ale 3 punkty The Blues doliczali tak regularnie, jak nikt.

Tottenham może mówić o pechu, że w futbolu liczy się głównie występ w bardzo określonym odcinku czasu. Gdyby zsumować ostatnie dwa lata, są zdecydowanie najlepsi, ale jakoś nikt za bardzo nie przyzna, że są. 

Przyjście nowych trenerów uczyniło ligę ciekawszą. Oglądanie starć Pochettino, Guardioli, Kloppa czy nawet Mourinho i Conte to już trochę inna liga, niż była - i raczej dobry znak dla wszelkich zainteresowanych klubów, chociaż zobaczymy, jak to będzie ewoluować. Rosnąca w siłę czołówka to jednak jedna strona monety. W tym sezonie przepaść pomiędzy czołówką angielską a resztą ligi była większa, niż kiedykolwiek. Praktycznie nie było "klasy średniej". Ostał się Everton, po tym, jak Southampton i WBA oklapły z sił i w sumie dołączyły do peletonu, początkowo wyglądając jak całkiem średnie zespoły. Pomijając sporadyczne wyjątki, które bywają wszędzie, ekipy z dolnej połowy tabeli już w ogóle nie miały co mówić o uprawianiu tego samego sportu, co "Wielka Szóstka". A dziwne, bo wiadomo, że zatrudniają świetnych piłkarzy i trenerów z całej Europy. Co zrobić. Rich get richer - to hasło naszej cywilizacji wszak.

Walczy się póki co o top 4, a co za tym idzie - obecność w Europie, a kanydatów jest więcej. Z tej racji można wręcz uznać za na swój sposób sprawiedliwe, że Manchester United awansował do Ligi Mistrzów poprzez EL. To wszak lepsza ekipa niż wiele innych trafiających do tych rozgrywek, np. Legia Warszawa. 

W tym sezonie Conte podbił świat graniem trójką obrońców. Zadbanie o dodatkową asekurację pozwoliło uwolnić hasającego Hazarda, a także bardziej zadbać o brak niespodzianek wobec słabiaków. O strzelanie goli już zadbali Belg i inne indywidualności. Miałem o tym dłuższą notkę, ale oczywiście Blox się zwalił. Granie trójką z tyłu stało się dość popularne i niemal każdy klub tego próbował, ale zostańmy na razie przy czwórce. 

Zarówno Tottenham, jak i Chelsa postawiły spory dylemat: ich startowe jedenastki były tak niemal w komplecie doskonałe, że trudno było jakiemukolwiek jednemu graczowi przypisać indywidualnie taki wpływ, jak w przypadku innych zespołów. Oczywiście z wyjątkami...

 

Bramkarz: Tom Heaton (Burnley)

Pzemilczmy już De Geę. Najbardziej czułem potrzebę wpisania Jordana Pickforda. Oglądając mecze Sunderlandu po prostu nie można było się nie zachwycić tym, co wyczynia Anglik, jak ratuje ten klub. No ale, właśnie - nie uratował. To nie był jego sezon, jeśli dosłownie nic to nie dało. Sunderland skończył na ostatnim miejscu. Owszem, z innym bramkarzem pewnie straciłby ze 100 goli w sezonie, ale... miejsca niższego by nie zajął. Dlatego - Heaton. On być może uratował Burnley przed spadkiem. Obronił najwięcej strzałów w lidze. No i jakimś cudem zespół tak słaby jak Burnley dalej gra w Premier League. Heaton jest dowódcą Burnley na boisku i poza nim, będąc po prostu bramkarskim MVP sezonu. Jak zawsze dobry sezon po cichu miał Petr Czech, bardzo po cichu sporo nabronił się Heurelho Gomes. Schmeichel, Courtois, Lloris, De Gea znowu zagrali dobre sezony - opisałem je nawet szerzej, ale oczywiście Blox się nagle rozłączył i mi nie przywrócił tego fragmentu.

Środkowi obrońcy: Gareth McAuley (West Brom), Jan Vertonghen (Tottenham)

Wpisuję tu graczy, którzy mieli najbardziej owocny sezon - dlatego też trudno wybrać graczy, którzy zagrali tylko pół sezonu, jak Virgil Van Dijk i Eric Bailly. Nie tylko dlatego wybór jest trudny. Stoper to chyba najbardziej kontrowersyjna w indywidualnej ocenie pozycja. Wystarczy zobaczyć rozdźwięk między opinią trenerów, i wynikami, a opinią fanów. Świetnie to widać na przykładzie Manchesteru City, którego każdy stoper jest w internecie niemiłosiernie objeżdżany, a ja ich wszystkich bym rozważał. Szydzono też z Davida Luiza... ale że Chelsea wygrywała cały sezon, to trzeba było się powstrzymać. 30-latek wystawiany w "trójce" miał aż za łatwo, ale ostatecznie trudno jakoś nie powiedzieć, że po prostu miał lepszy sezon, niż np. Laurent Koscielny, inny podstawowy element czołowej jakości - Arsenal słusznie jest przerażony perspektywą jego odejścia. Rozważałem tu najdłużej Ashleya Williamsa, który był jednym z głównych powodów tego, że Everton postraszył "Wielką Szóstkę" i się do niej zbliżył. To zresztą też nierówny gracz, którego niektórzy lubią objeżdżać, ignorując prosty fakt - Everton traci dzięki niemu mniej goli, tyle. Aha, no ale wybory. Vertonghen. Tak, ten mniej hype'owany stoper Tottenhamu. Trudno jednak wskazać kogoś innego. Wszechstronność Belga była symboliczna dla tego sezonu, gdy każdy próbował grać "trójką". Tottenham robił to bez problemu, nawet w problematycznej sytuacji po kontuzji Rose'a, bo Vertonghen zawsze pełnił bardzo różne role w obronie, od początku kariery czując się komfortowo wychodząc środkiem czy lewą flanką do przodu. Rola pośrednia jest dla niego stworzona i doskonale przypomniała, że nie przez przypadek Barcelona tak uwielbia inwestować w tego typu graczy. Pozycja stopera przypomina, że nawet w wieku 30 lat można pokazać nową jakość. Co dopiero mówić o McAuleyu. 37-latek z Północnej Irlandii jest tylko coraz lepszy z roku na rok. To fenomen dbania o siebie. I, po prostu, był najlepszym graczem WBA. David Luiz nie był najlepszym graczem Chelsea, daleko. Chelsea bez Luiza mogłaby grać podobnie, powiedzmy. WBA bez swojego kapitana mogłoby nie być w tej lidze, kto wie. A byli... prawie że średniakiem. To zespół, który umiał zatrzymać wielu większych, a prosta determinacja, odpowiedzialność, trzeźwy wybór priorytetów McAuleya (kopaj piłkę hen) był tu kluczowy.

Boczni obrońcy: Cesar Azpilicueta (Chelsea), Christian Fuchs (Leicester)

Jeśli ligę wygrywa się zabójczą regularnością, znów, właśnie można powiedzieć o obu Hiszpanach w Chelsea. Azpilicueta to gracz tak niesamowicie niestrudzony, że nawet poprzedni sezon miał w sumie dobry, co mówiono o mało kim w ekipie Blues. Teraz zagrał po 90 minut w każdym spotkaniu i niemal zawsze był dobry, wypełniając role stopera i bocznego obrońcy. O tej drugiej nie ma nawet co mówić - oczywiście, że na prawej stronie będzie tylko jeszcze lepszy, niż na lewej, kierując grą całej ekipy i będąc kluczowym dla przejścia z obrony w atak. Bardziej może zaskakujące, jak dobrze mierzący poniżej 180 cm gracz radził sobie w powietrzu i generalnie obowiązkami stopera, nawet jeśli ograniczonymi w porównaniu do grania "dwójką". Na lewej flance prawie wybrałem również Hiszpana z Chelsea, który nie miał wielu rywali - nie jestem fanem uważania Ryana Bertranda za wirtuoza, a Danny Rose zagrał dużo mniej niż połowę minut w sezonie, no bez jaj. A Rose był dobry... Warto wspomnieć o Jamesie Milnerze, który mimo szydery doskonale się spisał jako lewy obrońca Liverpoolu. Jednak zmęczył się w miarę sezonu i miał słabszy okres, co było widać w całej drużynie. Alonso byłby dobrym wyborem, ale Fuchs być może jeszcze lepszym - jedyna ostoja jakiejkolwiek mistrzowskiej klasy w drużynie Ranieriego, bez indywidualnej winy w tym, że ekipa Alonso była 10000 razy lepsza, umożliwiając mu lepszą grę. W nim jednym było widać, że nie jest tu przez przypadek - wygrywał pojedynki, a jego technika (nawet jeśli chodzi o groźne wrzucenie z autu) była jedną z głównych broni w "arsenale" słabej ekipy. Obok Drinkwatera zdecydowanie najważniejszy gracz na przestrzeni sezonu, tyle że Austriak dodał do tego indywidualną jakość zagrań i pojedynków na wysokim poziomie.

Środkowi pomocnicy: Paul Pogba (Manchester United), Idrissa Gueye (Everton)

W dwa lata wpisy na tym blogu o N'Golo Kante przeszły od "świetny, nieznany szerzej lider Caen" do "Jezus, zamknijcie się już o Kante". To jednak nie znaczy, że patrząc na wszystko, nie można uznać, że miał on może lepszy sezon niż tak świetni gracze, jak Idrissa Gueye, Ander Herrera, Oriol Romeu. Ale na pewno nie 200 razy lepszy, jak można by pomyśleć czytając kolejne peany. Tak, są jeszcze inni dobrzy defensywni pomocnicy na świecie! Po długim namyślaniu, nawet dziś, uznałem, że Gueye był minimalnie lepszy. Gueye miał najwięcej odbiorów w lidze, mimo że stracił kilka meczów przez Puchar Narodów Afryki, ale co najważniejsze - po prostu był, tak, to hasło tego sezonu, zabójczo regularny, podczas gdy Kante miewał różne mecze, gdzie w ogóle tej sławnej dominacji nie było - i spoko, inni gracze Chelsea potrafili załatwić wygraną i tak. Ale o tym za chwilę. Gueye był najlepszym graczem Evertonu i pomógł połączyć ich styl z możliwością nietracenia tak wielu goli. Co do Pogby, to tutaj już naprawdę się cieszę, że nikt nie czyta tego bloga. Bo co tu powiedzieć. Powiedzmy w skrócie tak, niczym Matthew McConaughey w Czasie zabijania: zamknijcie oczy i wyobraźcie sobie, że dobry zespół opiera się tak bardzo na jednym graczu. Ten gracz nieustannie zagraża rywalom w każdym miejscu, mogąc uderzyć z dystansu, pobiec dalej mijając obrońcę, łatwo wygrywając pojedynek z jednym albo kilkoma, albo też zaliczyć kolejne niesamowicie efektowne podanie do gracza, którego nawet nie bierzesz pod uwagę w danym momencie. Jest szybki, silny, sprytny i potrafi kopać na wiele sposobów bez względu na sytuację. Zespół gra bardzo zachowawczo, ale to nie wina gracza, który tworzy w nim niemal wszystko, ani też to, że koledzy marnują okazje, nie "dając" mu asyst. Pokonuje na boisku więcej kilometrów, niż ubóstwiany Kante, tylko że przy tym kontroluje piłkę niczym Zidane. Robi, co można. Widzicie go? A teraz... wyobraźcie sobie, że przyszedł nieznany z Francji za opłatą 5 mln euro. Tak, to byłby wielbiony gracz. Ale że żyjemy w czasach, gdy obsesja pieniądza (zwłaszcza, z jakiegoś niewtłumaczalnego powodu, kwot transferowych dla klubu posiadacza) jest ważniejsza niż futbol, wszystko, co robił Pogba, było oceniane z widocznym uprzedzeniem. Był lepszy niż inni środkowi pomocnicy. Jedyne pytanie, czy to pomocnik środkowy, czy ofensywny. Ale dałem go tutaj. Świetny sezon miał Joe Allen w Stoke, a także Jordan Henderson w Liverpoolu. Manchester City opierał się na Fernandinho.

Ofensywni pomocnicy: Sadio Mané (Liverpool), Christian Eriksen (Tottenham), Eden Hazard (Chelsea)

Tak się składa, że na pozucji środkowego ofensywnego pomocnika, napastnika oraz schodzącego lewego skrzydłowego znajdziemy mnóstwo gwiazd swoich zespołów, które oczywiście trzeba pominąć, nawet jeśli warto wspomnieć. Za to na prawym skrzydle wyróżniał się stosunkowo skromny Sadio Mane. To nie przypadek. Bycie "drugim skrzydłowym" to inna funkcja, ale na przykładzie Liverpoolu widać, jak istotna. Rozciągnięcie pola gry, jakie oferuje nieuchwytny Senegalczyk, było kluczowe dla sposobu gry całej ekipy. To nie przypadek, że pierwszy mecz z Mane w składzie Reds przegrali dopiero w lutym. Trudno powiedzieć, kto był najlepszy w Liverpoolu - Mane, Coutinho, Firmino - ale na swojej pozycji Mane był najlepszy w lidze. Warto też docenić Wilifrieda Zahę, który nieco po cichu w miarę sezonu zaczął naprawdę wymiatać w Crystal Palace, o czym przekonało się parę klubów, a także Williana i Pedro, Sterlinga, Walcotta... Ogółem w tej kategorii, najwięksi pominięci to oczywiście Alexis Sanchez i Kevin De Bruyne. Fani City będą mędzić, że niby SIlva był lepszy, ale dla mnie to był sezon De Bruyne. Jeszcze więcej okazji stworzył jednak Christian Eriksen - nieangielski, więc nieco rzadziej omawiany maestro Tottenhamu. Duńczyk pracuje ciężko i mądrze, jego podania to uczta, a w miarę sezonu stawał się tylko coraz lepszy, kierując całą drużyną tak, że ta zaczęła wygrywać masowo. Popatrzcie na mecze z Chelsea w styczniu czy pod koniec sezonu z Manchesterem United i szukajcie Kante... Druga połowa sezonu w wykonaniu Eriksena była za dobra. Ale najlepszym graczem ligi bez dwóch zdań był Hazard. Co tu dużo mówić. Chelsea coś muli - Hazard robi gola z żadnej sytuacji, łącząc podania i drybling... no, na poziomie Hazarda, nikogo innego. Kolejny raz Chelsea zdobywa tytuł głównie dzięki niemu. W wielu meczach Kante nie dominował, pomoc radziła sobie średnio, a Hazard i tak wygrywał mecz. Dobrze grali jeszcze Sigurthsson, Alli, Antonio, Oezil, Ross Barkley.

Napastnik: Alexis Sanchez (Arsenal)

Wiadomo, kto tu pominięty: Harry Kane, Zlatan Ibrahimović, Diego Costa, Romelu Lukaku. A jednak Chilijczyk jako jedyny wyglądał na naprawdę gracza światowego formatu na tej pozycji, na której rozegrał większość meczów. Alexis w środku jest morderczo skuteczny, niemal jak nowy gracz - który przecież i w poprzednich latach należał do najlepszych w lidze. Arsenalowi zabrakło punktu do top 4, ale to raczej świadczy o postępach konkurencji z nowymi trenerami. Wenger nadal nie jest taki najgorszy, a wykorzystanie Alexisa w tym sezonie było doskonałe. Jeśli ten jeden punkt przesądził o tym, że gracz odejdzie - Arsenal może stracić coś, czego nigdy nie odzyska...

 

Rok temu: Kaspar Schmeichel (Leicester) - Hector Bellerin (Arsenal), Virgil Van Dijk (Southampton), Toby Alderweireled (Tottenham), Christian Fuchs (Leicester) - N'Golo Kante (Leicester), Mousa Dembele (Tottenham) - Ryiad Mahrez (Leicester), Dimitri Payet (West Ham), Mesut Oezil (Arsenal) - Harry Kane (Tottenham).

 

 

poniedziałek, 19 czerwca 2017
Jedenastka 2016-17: Serie A

Ostatnio znowu się mówi, ile w polskiej lidze powinno być drużyn i w ogóle jaki system. Zaznaczmy: w największych ligach jest drużyn po 20, ale to nie znaczy, że jest jakaś grupa ok. 20 zespołów na podobnym poziomie. Zazwyczaj w tym gronie można by wyodrębnić dwa, czasem trzy, może i kiedyś więcej osobnych rozgrywek, pomiędzy którymi kluby nie mają ze sobą wiele wspólnego. W Serie A jest podobnie i gdyby ta liga miała np. mieć 12 drużyn, to z perspektywy widza neutralnego, którego obchodzi tylko poziom sportowy - byłoby znacznie fajniej. Liga kończąca się na poziome Sampdorii czy Udinese to Serie A, które typowy widz zapamiętuje. To, co poniżej - istnieje, bo tak. Dla widza bywa jednak ciężko.

 

Choć przecież i tak cały peleton nie był w tym sezonie w żadnej rywalizacji z podium. Różnica poziomu jest spora. Nie chodzi nawet o Juventus, bo ten sezon pokazał, że w lidze może być ciekawie nawet wtedy, gdy od piątej kolejki nieprzerwanie prowadzi wieloletni faworyt, sięgający już po SZÓSTY tytuł z rzędu, nota bene, grający i wygrywający w stylu często zwyczajnie nudnym jak na takiego dominatora. Po części dlatego, że Juve chciało wygrać LM, więc na ligę, zwłaszcza wiosną, za bardzo się nie spinali. Po co, i tak wygrywali. 

Zawsze jednak miło obejrzeć Napoli, które do końca walczyło o Ligę Mistrzów. Przypomnijmy, że włoskie kluby tak często odpadają w eliminacjach LM, że trzecie miejsce można uznać za porażkę. No ale to już ostatni rok, od następnego Włosi będą mieli zapewnione 4 miejsca w LM po reformie. 

Historia sezonu - to oczywiście Atalanta, która zdobyła 4. miejsce i po raz pierwszy w historii stanęła najwyżej spośród klubów Lombardii. Wobec rosnących inwestycji Interu i Milanu, mówi to za siebie. Mediolańskie tytany dorzucają nowej kasy z Chin, za to Atalanta znana jest ze swojej akademii i w tym sezonie również opierała się na wielu młodych graczach, dlatego też ludzie się cieszą. Ale i już spekulują, gdzie owa młodzież trafi - kluczowi Caldara, Gagliardini i Kessie już podpisali kontrakty. 

Szykując się na LM, Juventus zaczął grać normalne 4-2-3-1, zaskakując pracowitością swoich skrzydłowych Mandżukicia i Cuadrado, i ogólnie w tym sezonie we Włoszech najczęściej grało się czwórką obrońców. Atalanta być może dała sugestię, że niesłusznie... Klub Gian Piero Gasperiniego zawsze był gotów dostosować się do rywala i naciskać go tam, gdzie ma zwyczaj tworzyć akcje. W całej drugiej połowie sezonu, La Dea przegrała tylko raz.

 

Bramkarz: Gianluigi Donnarumma (Milan)

Zbiegiem okoliczności, piszę to w momencie, gdy "fani futbolu" z jakiegoś powodu wylewają wiadro pomyj na Donnarummę za to, że pomimo sympatii do Milanu postanowił przejść do lepszego klubu. Gdyby taką nagonkę fundować wszystkim moim znajomym mówiącym, że tak lubią Wrocław, choć ciule wyjechali do Warszawy czy innego Londynu... Ale to nie ma wpływu na fakt, że już dawno zdecydowałem, iż Donnarumma zagrał najlepszy sezon. Wybronił masę strzałów - najwięcej w lidze, i prawie najwięcej w Europie, pomimo faktu, że bramka Milanu nie była aż tak oblężana, jak niektórych naprawdę słabych klubików. Co tu dużo mówić - Milan stracił tylko 45 goli! To dzięki niemu zespół, który gra jak na 10. miejsce, awansował do eliminacji Ligi Europy. Czy czasem zachował się niezgrabnie? No tak, tak, tyle że to nie zmienia faktu, że chyba nikt w tym sezonie w Europie nie wybronił tak wiele. Strzelenie czegoś temu gigantowi to nie lada wysiłek. Coś czuję, że teraz z kolesiem będzie jak z Pogbą i z powodów społecznych ludzie będą obniżać jakość jego gry, ale moim zdaniem - tak, jest TAK dobry. Teraz. Mimo wieku, w którym nie powinien. Co ciekawsze, głównie dwóch kandydatów kroczyło mu po piętach cały sezon, i byli to... Łukasz Skorupski oraz Wojciech Szczęsny. Obaj zagrali znakomite sezony, mimo nieokreślonej sytuacji przynależności klubowej. Niech to mówi za siebie, jak grało Empoli, jeśli pomimo boskich wyczynów Skorupskiego i tak spadło... Szczęsny zaś wniósł swoją karierę na wyższy poziom. O każdym z tych panów na serwisach fanowskich Serie A napisano już wszystko.

Środkowi obrońcy: Kalidou Koulibaly (Napoli), Francesco Acerbi (Sassuolo)

Myślałem długo, bo kandydatów wielu, ale ostatecznie nie mogę się oprzeć wrażeniu, że to nadal byli dwaj najlepsi stoperzy we Włoszech. Czy w każdym razie - najważniejsi dla sukcesów swoich ekip. Koulibaly jest po prostu strasznie dobry w obronie i rozegraniu. Napoli bez niego wygrywało, ale nie do zera. Z kolei Acerbi był największą opoką swojego klubu, rozgrywając o połowę więcej minut, niż Bonucci - to jeden z trzech piłkarzy, obok Donnarummy i Szczęsnego, który zagrał 38 meczów po 90 minut. Do tego nadal najwyższa jakość. Perfekcyjne wyczucie i przerywanie podań Acerbiego, jak i cały jego życiorys, to dość cicha piękna historia Serie A. Nie brakowało kandydatów starych, jak kolesie z Juventusu, De Vrij czy Manolas. Ale i nowych. Zwłaszcza mogliby tu być Mattia Caldara oraz Federico Fazio. Caldara potrafi ruszyć do przodu jak szalony czy też strzelić gola, ogólnie fantastyczny piłkarz, ale w trójce było mu łatwiej się skryć przed wrogiem. Z nim oraz Ruganim w składzie, Juve może być pewne, że przez wiele lat będzie synonimem jakości w środku obrony. Fazio w wieku 30 lat zagrał sezon być może jeszcze lepszy niż ten, który zachęcił niegdyś do kupna Tottenham. Argentyńczyk jest w topowej formie. 

Boczni obrońcy: Andrea Conti (Atalanta), Alex Sandro (Juventus)

Dość popularne typy, bo i co tu dodać. Największe pytanie to tylko: czy Contiego można liczyć jako obrońcę, gdy jednak granie na flance przed trzema stoperami to trochę inna robota. Conti miał okazję błyszczeć, ale też faktycznie błyszczał - strzelał, tworzył okazje, kosił rywali, walczył w każdym elemencie. Trudno wymienić kogoś, kto robiłby tak dużo i tak dobrze w tej branży. Najbliżej był chyba Hysaj. Dobry sezon zagrał znowu Bruno Peres, a w Torino o dziwo świetnie zastąpił go Zappacosta. Nie rywalizuje Dani Alves, który co prawda pokazał w Lidze Mistrzów, że nadal jest najlepszy na świecie, ale w Serie A po prostu grał za mało - gdyby zliczyć jego mecze na faktycznie TYM poziomie, i na pozycji prawego obrońcy, to może nie przekroczyć znacząco ćwierci sezonu. Na lewej flance Brazylijczyk z Juve grał więcej, a zatem wątpliwości mniej. Sandro jest o głowę lepszy od wszystkich innych. I gdy to mówię w tym roku, już raczej mało kto będzie się kłócił. Prawdziwy szatan i kluczowy motor całego Juve. Poza nim, wymienić można głównie tych, co ostatnio: coraz ciekawszy Samir z Udine, Ghoulam, Masina, Lulić.

Środkowi pomocnicy: Miralem Pjanić (Juventus), Radja Nainggolan (Roma), Marek Hamsik (Napoli)

To zbyt ładny zestaw trzech głównych kreatorów z trzech zdecydowanie najlepszych ekip, tak ładnie też odzwierciedlających ich obecny styl gry, czyż nie? Gdy tworzymy niby realistyczną jedenastkę, trochę naciągamy fakt, że każdy z nich oczywiście większe wrażenie robi, gdy gra w bardziej ofensywnej roli. W takowej właśnie Nainggolan zadziwił w tym sezonie po raz kolejny, będąc jakimś cudem jeszcze lepszym. Czasy z Cagliari, gdy zajmował się odbiorem, ma już dawno za sobą. Ostatecznie po prostu był lepszy niż Gagliardini, Biglia czy Valero, którzy mogliby bardziej trafnie wpasować się w defensywną rolę. Hamsik to klucz do całego Napoli, jego coraz większa pewność siebie i odwaga są połączone z jeszcze efektowniejszym funkcjonowaniem całej maszyny. Pjanić nie jest tak napompowaną maszyną środka pola, ale jego technika... Co tu dużo mówić, robi gole. Głośny sezon miał Milinković-Savić w Lazio (chyba najlepszy obecnie gracz młodzieżowy w Serie A) czy Marcelo Brozović w Interze, a nieco cichszy - powracający na najwyższy poziom Strootman w Romie. Bardzo fajnie grał Piotr Zieliński i kolejny sezon warto wspomnieć, że polski pomocnik jest na tym poziomie. Po prostu nie ma w Napoli aż tak dużej roli, na razie. 

Ofensywni pomocnicy: Alejandro Gomez (Atalanta), Paulo Dybala (Juventus)

Znów gwiazdy tak jasne, że trudno coś dodawać. Wraz z doskonałym sezonem Bogini, Gomez w końcu stał się nazwiskiem na ustach wszystkich, zagrał też w reprezentacji Argentyny. Tutaj gości nie pierwszy raz. Po prostu diabeł będący głównym cierniem dla rywali Atalanty, od lat. Zasuwający blisko ziemi jak taran i z doskonałym wykończeniem. Nieraz Atalanta starała się po prostu grać solidnie, a Papu Gomez już dbał o to, by jeszcze strzelić jakieś gole. Dybala po meczu z Barcą stał się nieco sławniejszy jako "argentyński Messi", ale bez żartów - robi wszystko. Drybling, technika, kreacja, strzał. I tak, z żalem, trzeba zostawić poza jedenastką Lorenzo Insignie, który ostatecznie ma za sobą fantastyczny sezon. Po słabszej końcówce sezonu wypadł też Bernderschi, przez długi czas główna ozdoba meczów Fiorentiny. Jak zwykle groźny bywał Felipe Anderson. Zaskakująco świetne sezony mieli Chorwaci: Mandżukić w Juve i Periszić w Interze. Do przodu znów pruł pięknie Mohammed Salah. Wyróżniali się na pewno Suso, a potem Deulofeu w Milanie. Nadal intryguje Domenico Berardi.

Napastnik: Edin Dżeko (Roma)

Jako że postanowiłem wstawić w jedenastce jedną "dziewiątkę", a nie jak niektórzy tak z pięć dla zdrowia, to miałem zgryz. Z wielką radością wstawiłbym tu wszystkich trzech bohaterów sezonu, zwłaszcza po tym, jak wspaniali eksperci tłumaczyli, że przecież wyścig o koronę króla strzelców to tylko Higuain, Icardi i Bacca. Zacznijmy od tego, że genialny sezon Andrei Belottiego w Torino jest stosunkowo najbardziej "normalny". To jeszcze wchodziło w grę. W to, co będzie wyczyniał Dżeko - trudno było chyba komukolwiek uwierzyć. Podobnie jak w fakt, że po odejściu Higuaina i kontuzji Milika przypadkowo okaże się, że Dries Mertens na "dziewiątce" jest najlepszym piłkarzem świata. Belg zostawiał na podłodze obrońców i moją szczękę, kręcąc i strzelając z każdej pozycji. Obaj po prostu demolowali rywali aż do ostatniej kolejki i trudno rozstrzygnąć - Dżeko jest tutaj z racji faktu, że zaczął sezon z takiego buta, podczas gdy Belg czekał na wspomnianą kontuzję Milika. Robi się późno, więc szybko wymieńmy, że paru innych graczy też miało sezon godny uwagi i wyróżnień: o dziwo Immobile w Lazio, Higuain i Icardi, wręcz sezon życia zagrał 35-letni Borriello w Cagliari, a ciekawie z Gomezem współgrał w Bergamo 21-letni Petagna. 

 

Rok temu: Samir Handanović (Inter) - Bruno Peres (Torino), Kalidou Koulibaly (Napoli), Francesco Acerbi (Sassuolo), Lucas Digne (Roma) - Alejandro Gomez (Atalanta), Paul Pogba (Juventus), Miralem Pjanić (Roma), Giacomo Bonaventura (Milan) - Paulo Dybala (Juventus), Gonzalo Higuain (Napoli)

 

środa, 14 czerwca 2017
Jedenastka 2016-17: Ligue 1

Ciekawy sezon nie musi wiązać się tylko z faktem interesującej walki o samo mistrzostwo - o czym jeszcze wspomnimy przy okazji innych lig. Ale na pewno najlepszej od lat edycji Ligue 1 nie zaszkodził fakt, że hegemonia Paris Saint-Germain została naruszona. Rok temu PSG było już mistrzem w połowie marca, najdłużej dotrzymywało im kroku niejakie Angers, i ogólnie wydawało się, że mająca 500 mln euro rocznego budżetu machina promująca Katar w Europie może jeszcze przez wiele lat kontynuować serię triumfów. Tak się nie stało, fenomenalny sezon zagrało bowiem Monaco, które niekoniecznie było faworytem nawet do drugiego miejsca. Jego dominacja i serie zwycięstw muszą zostać uznane za osiągnięcie wręcz szokujące. W jedenastce sezonu można by zamieścić praktycznie każdego zawodnika, który regularnie wybiegał na boisko - naprawdę w żadnym przypadku nie da się orzec, by konkretni konkurencji wypadli jakoś zdecydowanie lepiej. Z drugiej strony, to także oznacza, że każdemu z nich było nieco łatwiej, nikt w pojedynkę nie musiał ciągnąć ekipy na własnych barkach. Niejeden mecz uratował bramkarz, obrońcy dziarsko bronili i efektownie ruszali do ataku, pomoc dominowała, a napastnicy byli wisienkami na torcie.

 

Wobec zebrania do kupy wielu swoich młodych talentów przez Monaco oraz amerykańskich inwestycji w Marsylii, niepodważalność potęgi PSG wydaje się nieco bardziej wątpliwa, niż kiedykolwiek wcześniej. Oczywiście paryżanie będą faworytami za rok, ale jeśli nadal będą wykosztowywać się jedynie na nazwiska albo średniej półki, albo kompletne niewypały jak Krychowiak - są kluby gotowe podjąć walkę. To nie tylko bogate Lyon i Marsylia, ani też niewymagające komentarza Monaco, ale też Nicea, która zdobyła cholerne 78 punktów i pod wodzą nowego trenera jeszcze poprawiła egzekucję swojej niezwykle interesującej taktyki.

Po cichu świetny sezon zagrało Bordeaux. Nieco bez gwiazd, Żyrondyści nie zebrali tyle uwagi, a jednak byli tuż za czołówką. Poniżej tego miejsca - zaczyna się już nieco inna liga, inne umiejętności. Saint-Etienne klasycznie głównie dobrze broniło. Nantes było w dobrej formie po przyjściu trenera Conceicao (który już odszedł do Porto), Rennes wyprzedało gwiazdy. 

 

Większość widzów lubi oglądać ciekawe mecze i starcia, które nie są jednostronne, lubi też śledzić nowe gwiazdy - dlatego uważam, że dla atrakcyjności ligi najważniejsze są jednak nie panujące już gwiazdy, ale nowe talenty oraz trenerzy. To oni sprawiają, że każda kolejka jest wydarzeniem. We Francji - która przynajmniej pod względem futbolu może mówić chyba tylko o korzyściach ze swojej kolonialnej istoty, obejmując niemal pół Afryki - mamy do czynienia z eksplozją talentów, a ciekawych trenerów i koncepcji jest coraz więcej. Galtier, Gourvennec, Garcia, Conceicao, Jardim oraz Favre uczynili ten sezon naprawdę interesującym jeśli chodzi o mecze górnej połowy tabeli. Francja - niegdyś kraj raczej niefutbolowy - wydaje się po 20 latach zbierać plon rozbudzenia popularności sportu podczas zwycięskich Mistrzostw Świata.

 

Bramkarz: Yohann Pelé (Marsylia)

Chociaż Pele nie dostał nawet nominacji do oficjalnych nagród, to nie zastanawiałem się tutaj aż tak mocno. Nikt na miejsce Pele mi nie pasuje, jakkolwiek rok temu abstrakcyjnie brzmiałby fakt, że 34-letni rezerwowy przebije wyczynami Ruffiera, Subaszicia, Cardinale'a, Trappa, Lopesa, Reyneta, Costila... No i oczywiście 18-letniego Albana Lafonta, który prezentuje już teraz niezły poziom. Najbardziej żal Ruffiera, który grał doskonały sezon. Pele jednak w drugiej połowie sezonu praktycznie nie zawodził, a nieraz wybronił czyste konto w sytuacji, gdy obrona Marsylii... wiemy, jak wygląda. Trudno wyobrazić sobie tak wysokie miejsce bez niego. 

Środkowi obrońcy: Kamil Glik (Monaco), Thiago Silva (PSG)

Sięgamy po dwa najbardziej banalne i nagrodzone nazwiska. Jak co roku, musiałem zacząć od rozważenia dwóch nazwisk: Thiago Silva i Loic Perrin. Obaj stracili trochę meczów, ale nie tak dużo. Obaj są synonimem doskonałości i nie zrujnowali tej reputacji. Z drugiej strony mieliśmy dwie nowe twarze: Glika i Dante z Nicei - obaj pomogli drużynom wznieść się na nowy poziom i byli niezawodnymi opokami gotowymi ratować ekipę, kiedy trzeba. Glik, który rozegrał niemal wszystkie mecze, pada pierwszy jako najważniejszy stoper sezonu, a Thiago Silva, jak to on - zawsze czyni mecz innymi i dopóki gra regularnie tak, jak gra, nie mogę go nie wpisać. Nieźli byli też: pozostali stoperzy PSG, Bayess w Nicei, Christopher Jullien z Tuluzy, a także pojawiło się sporo talentów, które już imponują - na czele z Mammaną w Lyonie oraz pokazującym ekscytujący potencjał na tej pozycji Remym Bensebainim z Rennes.

Boczni obrońcy: Ricardo Pereira (Nicea), Marçal (Guingamp)

Flanki Monaco na pewno zasługują na wszelkie nagrody, a warto wspomnieć, że Benjamin Mendy był wręcz najlepszym lewym obrońcą w całej Lidze Mistrzów. Nie zdefiniował jednak swojej ekipy aż tak, jak Marsal. 28-latek wypożyczony z Benfiki dość niespodziewanie szalał na tle wszelkich rywali we Francji, z nieskończoną butą wyciągając kolejne ataki, dośrodkowując i ofiarnie interweniując. Trudno było go przeoczyć nawet w Guingamp. Na prawej stronie podobnym cesarzem, i też wypożyczonym niestety z Portugalii, pozostaje Pereira - pytanie tutaj dotyczyło głównie tego, czy w systemie 3-5-2 Nicei można jeszcze nazwać go obrońcą. Jako część piątki czy czwórki, Pereira zawsze jest niewyczerpanym źródłem sztuczek i efektownych zagrań. Niewielki Portugalczyk umie w ataku i obronie wręcz wszystko i nie mogę się doczekać, aż zobaczy go więcej osób. Oprócz wszystkich bocznych Monaco (w tym szalenie obiecującego Touré), na prawej flance świetny sezon mieli Malcuit z ASSE i Meunier z PSG, a na lewej - bez tych dwóch miałbym zgryz, ale pewnie postawiłbym na zaskakująco dobrego Dalberta z Nicei.

Środkowi pomocnicy: Marco Verratti (PSG), Jean-Michael Seri (Nicea)

Kolejny rok, kolejny stos dobrych ocen dla Verrattiego i zestaw nagród dla najlepszego pomocnika. Co tu dodać? Verratti zarąbiście atakuje piłkę i podaje. Rozgrywanie to jego sztyms. Przegapił trochę meczów, ale nie znalazłem podobnego mocarza, który by zagral znacząco więcej spotkań. Seri to również popularny wybór, któremu trudno odmówić. Również drobny i dynamiczny rozgrywający, Iworyjczyk był kluczem do sukcesów Nicei. Bez jego wizji i umiejętności rozerwania obrony podaniem defensywna, oparta na posiadaniu taktyka Nicei mogłaby prowadzić donikąd. Chociaż Wylan Cyprien może wyglądać efektowniej, ja mam obawy o losy OGC Nice tylko w razie odejścia Seriego. To byli dwaj liderzy swoich ekip na tyle mocni, że aż nie było miejsca dla jakże doskonałych Fabinho i Bakayoko. Z innych ekip: nieźle grali Rabiot i Matuidi, świetny sezon dla Montpellier, a potem dla Marsylii miał Morgan Sanson. W OM dobrze cały sezon grał powracający z daleka William Vainqueur. W Lyonie dobrze wypadli i Tolisso, i tradycyjnie Gonalons, i młody Tousart. 

Ofensywni pomocnicy: Florian Thauvin (Marsylia), Ryad Boudebouz (Montpellier), Thomas Lemar (Monaco)

W różnych wariantach tej jedenastki było dość blisko, by wyleciał z niej Bernardo Silva, co na pewno wielu uzna za bluźnierstwo. A jednak nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że portugalski magik nieco mniej regularnie utrzymywał ekipę na najwyższych obrotach, w porównaniu z niezawodnym, niesamowicie trzymającym poziom Lemarem - być może moim zawodnikiem sezonu w Ligue 1. Lemar zawsze wręcz był dobry (poza, niestety, meczem z Juve), ale wybieranie pomiędzy nimi to nieco darcie włosa na czworo. Thauvina o regularność może trudno oskarżyć, ale był chyba najbardziej przekonującą ofensywną gwiazdą w tej lidze. Niejeden mecz Marsylia mogła wygrać i wysoko głównie dzięki temu, jak nie do upilnowania był syn marnotrwany powracający z Anglii. Postawiony w roli Edena Hazarda, nieskrępowany Thauvin mógł pokazać wszystko, z czego jest znany, czyli oczywiście drybling i technikę. Boudebouz w podobnym stopniu napędzał Montpellier. Trudno wręcz oddać, jak samotnym diamentem był często rozgrywający w średnio wykorzystującej jego szanse ekipie. Stworzył masę szans, sam też strzelał i generalnie to nie jego wina, że ekipa skończyła tak nisko. Cały sezon zastanawiałem się, czy w tym momencie wpiszę jego, czy Bernardo, i pisząc ten tekst teraz najpierw nawet wpisałem Bernardo. Ale trudno. Kogo jeszcze warto wymienić? Po przyjściu zimą dobre występy zaliczyli Dimitri Payet i Memphis Depay. Mimo złych opinii, rozczarowania, ostatecznie wśród najlepszych i tak byli Di Maria czy Moura z PSG. Angers mogło liczyć na skrzydłowego Karla Toko-Ekambiego. W Bastii szybkością i skillem - niekoniecznie wykończeniem - błyszczał Alain Saint-Maximin. W Guingamp technikę pokazał Yannis Salibur. Spoko w Saint-Etienne grali Hamouma i Monnet-Paquet. Wspomnijmy też Oscara Trejo z Tuluzy.

Napastnik: Alexandre Lacazette (Lyon)

To był wybór Zofii pomiędzy dwoma gwiazdami, które ewidentnie grały na "dziewiątce" - i wydawały się niezastąpione. Cavani grał zawsze, i strzelał zawsze. Lacazette miał trochę kontuzji, czasem nie grał - ale wtedy trudno było nie zauważyć, jak ogromny to brak dla całej ofensywy Lyonu. Mimo wszystko, stawiam na niego. Laca po prostu robi wszystko zarąbiście dobrze. Grając w PSG pewnie też by wbijał gole bez końca, za to Cavani wymagałby być może więcej, by aż tak straszyć obrońców w Lyonie. Obaj doskonale wykańczają, ale Lacazette na większej połaci boiska zagraża też zrobieniem akcji, nawet jeśli w tym sezonie miał tylko 3 asysty. Nie jestem dumny z wyboru, żal Cavaniego, ale jest jedno miejsce. Kogo pomijam? Jak zawsze, kolesi z Monaco - Mbappe naprawdę mógłby tu być, gdyby zagrał cały sezon, by gdyby wziąć pod uwagę tylko drugą połowę sezonu, debiutant po prostu był tak dobry, serio. Był być może najlepszym graczem w lidze od momentu, gdy zaczął wychodzić w jedenastce. Falcao też zabrakło głównie ilości, nie jakości, by na równi walczyć z dwiema gwiazdami sezonu. Za nimi: na pewno Steve Mounie, który zagrał przełomowy sezon w Montpellier, nawet jeśli sporo mu brakuje w pewnych elementach. Jedno jest jednak pewne: umie ciepnąć i jest duży, i ogólnie czuję w Benińczyku nowego Giroud. 20 goli wbił regularny Bafetimbi Gomis. Mniej goli, ale ładna walka i tworzenie akcji, to Jimmy Briand w Guingamp. 15 goli zdobył Mario Balotelli z Nicei, który wiele pomógł ekipie, mimo wielu również słabych meczów.

 

Rok temu: Danijel Subaszić (Monaco) - Jeremy Pied (Nicea), Thiago Silva (PSG), Samuel Umtiti (Lyon), Djibril Sidibe (Lille) - Lass Diarra (Marsylia), Cheikh N'Doye (Angers) - Angel di Maria (PSG), Hatem Ben Arfa (Nicea), Sofian Boufal (Lille) - Zlatan Ibrahimović (PSG).

 

czwartek, 01 czerwca 2017
Biedni Norwegowie

Czy futbol to opium dla ludu? Ujmijmy to tak: niektórzy mogliby wymienić powody, dla których fajnie jest urodzić się Norwegiem. Ponieważ każdy obywatel ma udział w państwowym funduszu, można powiedzieć, że z samej racji urodzenia się Norwegiem - i posiadania odpowiedniej części udziałów - dostaje się na start około miliona koron, czyli tak z pół miliona złotych. A to tylko początek, bo Norwegowie mają zapewniony oczywiście dostęp do dobrej edukacji, służby zdrowia, przyjaznego państwa pomagającego w różnych sprawach, no i do rynku bogatych, wykształconych i dość stabilnych ludzi, z którymi mogą współpracować. Przeciętna płaca w Norwegii jest najwyższa na świecie i wynosi w przeliczeniu spokojnie ponad 10 tys. zł. Ludzie żyją średnio ponad 80 lat.

 

Jest nieźle, no wiemy. Ale z drugiej strony... hej, ich drużyna piłkarska ostatnimi czasy przegrywa! Co za loserzy.

 

Ostatnie dwa kwalifikacje to dobry przykład, jak randomowa może być piłka reprezentacyjna. W końcu w ciągu roku czy dwóch kraj się specjalnie nie zmienia. Ale popatrzcie... pamiętacie kwalifikacje Euro 2016? Choćby ich ostatnią kolejkę? Na 20 minut przed końcem ostatniego meczu, Norwegia prowadziła 1-0 na Stadio Olimpico z Włochami. Gola zdobył defensywny pomocnik Norwich, Alexander Tettey. To wyglądało jak historyczny moment - rąbnął bombę lewą nogą... Gdyby Norwegia utrzymała ten wynik... miałaby 22 punkty i wygrałaby grupę z Włochami i Chorwacją. To by było! Sportowo rzecz biorąc, nie byłoby to do końca "zasłużone" (zresztą i ten gol Tetteya padł raczej po spalonym), ale kogo by to obchodziło. To było do 73. minuty. Potem... Włosi strzelili na 2-1, Norwegia zajęła trzecie miejsce, w barażach odpadła z Węgrami i nikogo nie obchodziła. Mogła sobie tylko pluć w brodę: gdyby nie remis u siebie z Azerbejdżanem, i tak mielibyśmy awans!

 

Mija półtora roku. Norwegia zajmuje przedostatnie miejsce w grupie, mając 4 pkt. straty do Azerbejdżanu. Zespół zdobył w kwalifikacjach na razie tylko 3 punkty - pokonując San Marino, choć i tu nie było miło. Jako pierwszy rywal od kilkunastu lat, Norwegowie pozwolili Sanmarińczykom strzelić bramkę, i jeszcze kwadrans przed końcem spotkania było 1-1. Wtedy jednak Norwegia pokazała, kto tu rządzi, i skończyło się 4-1. W pozostałych czterech spotkaniach Norwegia przegrała, zdobywając łącznie jednego gola (Joshua King na 1-2 z Czechami, po ładnym zachowaniu spokoju przy zamieszaniu w polu karnym). 

 

Porażka z Azerbejdżanem na pewno nie cieszy, ale to tylko jeden mecz. Niby i Polska mogła przegrać niedawno z Kazachstanem. Nie przegrała. Ale jedno kopnięcie i mogła. Nie mam więc na to specjalnego komentarza. Norwegia ogólnie nie jest dobra, to na pewno. Jednak czasami w futbolu wydaje się to być mało znaczące w porównaniu do zwyczajnego uśmiechu losu.

 

Norwegia zajmuje teraz 87. miejsce w rankingu FIFA - tym samym, w którym Polska po raz pierwszy weszła do top 10, będąc na tym miejscu ex aequo z Hiszpanią.

 

 

piątek, 03 lutego 2017
Fenomen Teodorczyka

Dziennikarze futbolowi zazwyczaj oceniają piłkarza po tym, w jakim klubie gra. Każdy oglądający zapowiedzi profesjonalistów np. meczów polskiej reprezentacji pamięta, jak eksperci porównują piłkarzy fachową metodą "kto gra w lepszym klubie". Absolutnie zakazane powiedzieć coś o graniu w piłkę! Uwaga, jaką zebrał w tym sezonie w Polsce i na świecie Łukasz Teodorczyk, to jednak doskonały przykład, że czasem ruch w dół może być ruchem w górę, przynajmniej publicznie.

 

W lidze ukraińskiej Teodorczyk nigdy nie narzekał na brak goli. Przez rozegrane 765 minut zdobył 10 bramek - jak chyba nie muszę dodawać, oznacza to średnią więcej niż gola na mecz. Nie najgorszą. Problemem było jednak spełnienie oczekiwań trenera Dynama Kijów. Polak co prawda wyszedł na mecz 1/4 finału Ligi Mistrzów z Manchesterem City, więc ktoś mógłby powiedzieć, że jakąś karierę miał. Ale ten dwumecz chyba do reszty rozsierdził trenera Dynama, bo pokazał, że przeciw mocniejszym rywalom, gdy okazji bramkowych nie będzie, Teodorczyk może nie wnosić za wiele i nie ratować ekipy w najmniejszym stopniu. Został zmieniony już po 45 minutach.

Niemniej - gole strzelał, jeśli tylko grał.

 

Po niepowodzeniu, Teodorczyk przeniósł się do ligi słabszej, do klubu słabszego. Wydawałoby się, że chłopski rozum będzie oczekiwać, że poradzi sobie lepiej i będzie grał więcej, i łatwiej zdobywał gole. Jednak z jakiegoś powodu, renoma Teodorczyka znacznie podskoczyła.

W, powtórzmy, słabszej lidze belgijskiej zdobywa gola raz na 110 minut - mniej goli niż na Ukrainie. Jednak z jakiegoś powodu był porażką, a teraz jest sukcesem. Ot, kwestia znalezienia sobie miejsca.

W przypadku Teodorczyka jest nim - ogólnikami mówiąc - raczej Liga Europy (w której - dla Dynama i Anderlechtu - zdobywa gola co 95 minut), niż Liga Mistrzów. Co dla mnie sukcesem nie jest, bo wierzyłem w jego większą karierę. On pewnie też.

 

 

Ilekroć widzę ogłosy zainteresowania królowaniem strzelców ligi belgijskiej Teodorczyka, nie mogę się oprzeć zastanawianiu, ilu z ostatnich 10 królów strzelców potrafi wymienić osoba tak komentująca. Czy opowie mi o tym, jak ekscytowało go oglądanie w akcji Francoisa Sterchele'a, Hamdiego Hamdouiego, Jaime Ruiza czy aktualnego króla, Jeremy'ego Perbeta.

Oczywiście, nie brak i kilku królów Belgii, którzy trafili na Zachód i są znani. Ale tylko z tego, że trafili na Zachód. Romelu Lukaku został królem strzelców mając 16 lat, ale Europa ceni go, bo na tym nie poprzestał. Aleksandar Mitrović na razie gra ogony w drugiej lidze angielskiej.

Carlos Bacca trafił z Belgii do Sevilli, gdzie dał się poznać jako koleś, który zdobywa gole. Pozdrawiam eksperta Serie A, który mi niegdyś tłumaczył, że Bacca jest o klasę wyżej niż Dżeko, fakt obiektywny - oglądając przydatność Kolumbijczyka zwłaszcza w tym sezonie doceniam jego mądre słowa każdego tygodnia. Niemniej, serio mówiąc, to idealny przykład gracza do Europa League. Jeśli nie masz wielkich ambicji, ale chcesz zdobywać gole, gdy już i tak tworzysz okazje, to Bacca jest twoim kolesiem. To samo zresztą można powiedzieć np. o Perbecie, który w Villarrealu nie narzekał na wielki brak skuteczności - strzelając co 144 minuty, czyli częściej niż w tym sezonie Neymar! Co by nie mówią, Jeremy Perbet jak już ma okazję, to strzela często. Gdyby tylko Real Madryt z jakiegoś powodu zaczął go wystawiać na siłę w każdym meczu (nie wiem, może Florentino Perez zakochałby się w matce Perbeta) - wyniki pewnie byłyby słabsze, ale Perbet zdobyłby 30 goli w sezonie, dostałby się może na podium Złotej Piłki. Kto wie! Niestety nie jest aż tak dobry, więc Villarreal ostatecznie go oddał, i teraz znowu jest królem strzelców Belgii.

 

Jestem przekonany, i zawsze byłem, że Łukasz Teodorczyk jest w stanie zrobić karierę na poziomie Europa League. Choć nie, inaczej - dawno temu w lidze polskiej wierzyłem, że jego stać na więcej. Tak więc obecnie śledzę jego drugorzędną karierę bez wielkiej ekscytacji.

Na poziomie czołówki europejskiej brylują chociażby Zieliński czy Glik, w których aż tak nie wierzyłem - Teodorczyk się na nim sparzył. Na szczęście dla jego reputacji, są takie ligi, jak belgijska - słabsze, ale zachodnie, i takie rozgrywki jak Europa League.

 

 

A czemu piszę to akurat dziś, chociaż w ostatnim meczu Teodorczyk akurat nie strzelił? Ano chyba dlatego, że szykuje się debiut Kamila Grosickiego, który odszedł do Hull - totalnego cieniasa, z którego właśnie odszedł kluczowy zawodnik w postaci Roberta Snodgrassa... klubu, przy którym nawet Rennes wydaje się mieć ofensywę. Grosicki, tak jak pisałem, nigdy w Rennes dobrze nie grał. Teraz może zacznie. Wielki sukces na horyzoncie!

poniedziałek, 30 stycznia 2017
Dobrze mieć bogatego właściciela - Marsylia

Większość fanów w internecie lubi tradycje, lokalizm i "naturalny bieg rzeczy", za to nie znosi sztucznie tworzonych klubów, gdzie właściciel pompuje kasę, by nadać zespołowi "nieprawowite" miejsce w tabeli. Leicester, Burnley, reprezentacja Islandii - dobre, Chelsea, Man City, Lipsk - złe. Jak na tym tle opisać dwa największe kluby francuskie? Czy mecz PSG-Marsylia to nadal "Le Classique", czy jednak "Le Plastique"? O katarskich właścicielach PSG mówiło się już sporo - historią globalną na razie nie było przejęcie Marsylii przez Amerykanina Franka McCourta, bo raz, że to jednak biały Amerykanin, czyli nie tak źle, praktycznie sąsiad, a dwa, że Marsylia nie zaczęła od razu robić jakichś wielkich transferów (przejęcie nastąpiło w październiku). Żyjemy w epoce reguł Financial Fair Play i nowobogaccy nie mogą już tak drastycznie rzucać się na zakupy od razu, ale nadal jest wiele metod, by kapitał przełożyć na zyski.

I od dziś może zacznie się o tym mówić więcej, bo oto Marsylia - po przyciągnięciu znanego, ale już niemal emerytowanego nazwiska Patrice'a Evry - faktycznie zrobiła coś, co dla klubu spoza nawet kręgu Ligi Mistrzów wydawało się niemożliwe: ukradła prawdziwą gwiazdę z Anglii.

Dimitri Payet znacząco jej w tym pomógł, strajkując i odmawiając treningów. Podobno żona gdzieś w grudniu zaczęła naciskać na wyjazd, w styczniu pakując się i zostawiając męża z faktem dokonanym: nie, nie będziemy mieszkać w Anglii! Ja wracam na Lazurowe Wybrzeże! West Ham nie chciał, ale dał się w końcu przekonać, by przyjąć od Marsylii doskonałą sumkę - jeśli należycie do ludzi, dla których futbol polega na liczeniu kwot transferowych, to Payet wydaje się biznesem doskonałym, za gracza w tym wieku chyba jeszcze nikt nie wyłożył takiej kwoty, porównywalne przypadki to Eto'o do Anży, Batistuta do Romy czy Diego "gorszy od Sneijdera zdaniem dziennikarzy" Milito do Interu. Podobno klub wymusił na Payecie, by zwrócił pensję za spędzony na strajkowaniu styczeń. ALE. Tak czy siak - stało się. Payet był naprawdę najlepszym graczem i największą gwiazdą prawdziwego angielskiego klubu, z dość średnim dla Premier League budżetem. Tacy ludzie mogą odejść do Barcy czy Realu, ale nie niżej, nie do Francji! To jest pewne symboliczne osiągnięcie, które zapewne interesuje Marsylię równie mocno, co same usługi Payeta na boisku.

 

Nie żeby te usługi znaczyły tak mało. Payet odchodził z Marsylii będąc nie tylko w mojej jedenastce sezonu. Zbliżający się trzydziestki gracz nigdy nie potrafił zbyt długo zachować idealnej formy - choć pojedyncze doskonałe sezony miał i w Saint-Etienne, i w Lille - aż do teraz, gdy West Ham pociągnął do rewelacyjnego miejsca w Premier League (powtórzę: gdyby nie jego kontuzja, WHU pewnie zagrałoby w Lidze Mistrzów, zdobywając w 8 meczach bez-Payetności tylko 8 punktów).

W tym sezonie był często krytykowany, ale nadal był zdecydowanie najlepszym graczem w tej nagle beznadziejnej ekipie: jeśli West Ham wygrywał czasem 1-0 z jakimś cieniasem, to mogliście stawiać, że Francuz był najlepszy na boisku. Oskarżano go, że on - gracz ofensywny - nie ratował zespołu np. przed laniem 1-5 z Arsenalem, gdzie West Ham był bezradny. Ok, w takich meczach Payet nie pomagał zdobywać punktów. Ciekawe, czy Messi by dał radę. Francuz nadal stworzył najwięcej okazji bramkowych, licząc podania, po których oddawano strzały - 74 w sezonie, przy czym znacznie częściej niż Erikson czy inny De Bruyne robił to z sytuacji, gdy do bramki daleko i stworzyć jest naprawdę trudno. West Ham zdobył w tym sezonie tylko 12 goli z akcji, jeden z najgorszych wyników w lidze - za to aż 11 z wolnych i rożnych, najwięcej w lidze. Oczywiście niemała w tym zasługa Payeta, który zawsze był specjalistą w tej dziedzinie. Summa summarum - jego krytyka jest moim zdaniem absolutnie bezpodstawna. West Ham grał beznadziejnie, to i Payet miał trudniej, ale nadal to on tworzył większość okazji ekipy. Bez niego, z taką obroną, z takim atakiem... kto wie, może byliby w strefie spadkowej.

Czy WHU może być lepsze BEZ Payeta? To sport zespołowy, więc kto wie... Na razie wygrali dwa mecze pod rząd, a dawno niewidzianą formę w obu pokazał Manuel Lanzini. Jeśli zaczną się poprawiać - to nadal nie znaczy, że Payet nie jest doskonałym piłkarzem.

 

Marsylia może więc się cieszyć z perspektywy tercetu ofensywnego Payet-Bafetimbi Gomis-Florian Thauvin. 24-letni Thauvin to również syn marnotrawny, też naciskał, by wrócić z Anglii do, podobno, jednego z piękniejszych miast Europy - i też, jak Payet, zgodził się w tym celu na obniżkę zarobków. Jest wypożczony po nieudanej przygodzie w Newcastle, ale na warunki Ligue 1 jest teraz lepszy, niż kiedykolwiek. W miarę roku 2016 w końcu zaczął dość regularnie wykorzystywać talent, i stał się jednym z głównych powodów, dla których po beznadziejnym początku sezonu Marsylia zaczęła wygrywać i włączyła się do walki o... kto wie, może czwarte miejsce. Jego zalety znamy: ma świetny drybling, przebojowo mija rywali, i ma świetną lewą nogę do strzałów i długich podań. Jeśli Payet powróci w starej formie, to Marsylia może mieć dwóch najlepszych skrzydłowych w lidze - co znacznie pomoże rozruszać nadal nieco kulejącą ofensywę.

Nie zaszkodzą tutaj też transfery Evry oraz Morgana Sansona, utalentowanego 22-letniego defensywnego pomocnika z Montpellier. Evra co prawda kosztował gola w ostatnim meczu, faulując w idealnym dla Riyada Boudebouza miejscu więcej niż raz, ale jego podanie powinno pomóc w każdej akcji. Sanson w debiucie z Lyonem wypadł słabo, a Marsylia przegrała 1-3, ale ostatnio z ławki pokazał wspaniałe podanie lewą nogą, po którym padła bramka Gomisa z asysty Thauvina. Daje nadzieję, że Marsylia skonstruuje też efektowną linię pomocy, w której już teraz cenieni są William Vainqueur oraz jedno z odkryć Ligue 1 w tym sezonie, Maxime Lopez. Nie żeby Lopez był jako talent jakoś "nieodkryty" już kilka lat temu, imponując chociażby w Młodzieżowej Lidze Mistrzów, ale w tym sezonie przełożył to na doskonałą grę na poziomie seniorskim i znany jest w biurze każdego klubu Europy (no, wiecie o co mi chodzi, może trenerzy Wisły Kraków go nie obserwują). Zwinny, dobrze się ustawiający nastolatek porównywany jest m.in. do Nasriego czy Valbueny, ale z braku laku w Marsylii gra w pomocy w ramach 4-3-3, gdzie może lepiej widać jego braki fizyczne (niski, słabo odbiera piłkę), ale wnosi do gry zespołu ten barceloński posmak. Drobny Lopez przenika wśród obrońców jak igła, a repertuar jego podań jest imponujący.

Mi osobiście imponuje też 21-letni Kameruńczyk Andre Zambo Anguissa, który zdaje się robić postępy z miesiąca na miesiąc. To typowy wyrobnik defensywny, ale często konieczny - myślę, że przeciwko Montpellier był świetny. Niektórzy z kolei uważają, że jest beznadziejny. No cóż - może go zastąpić Sanson.

 

Obfitość talentów to jeden z głównych powodów, dla których Ligue 1 jest w tym sezonie tak fajne do oglądania, jak dawno nie było - a Marsylia z Payetem, Thauvinem, Lopezem, Vainqueurem i Sansonem powinna być jedną z ciekawszych ekip. Nawet jeśli walka o Ligę Mistrzów jest raczej na razie niemożliwa (13 pkt. straty do PSG), to najpopularniejszy klub Francji może być wręcz dodatkowym powodem, by interesować się tamtejszą ligą.

Jeśli Marsylia pod wodzą McCourta ma faktycznie zamiar powrócić do pełnej chwały, to widzimy dopiero sam początek długiego procesu. Ale obiecujący. Czasem jedyne, czego potrzeba, to wspierający cię miliarder z USA i od razu w życiu pojawia się taka miła nutka optymizmu.

sobota, 28 stycznia 2017
Zapomnijcie o hiszpańskiej Trójce

Przed sezonem wydawało się większości jasne, że w Hiszpanii liczą się Barca, Real i równie dobre Atletico, ale oglądanie każdego meczu ekipy Diego Simeone rodzi coraz większe i większe przekonanie, że "Wielka Trójka" to na razie sztuczny koncept. Nie tylko dlatego, że w coraz lepszej formie jest Sevilla, która wygrywa trochę fuksem, ale udział przypadku w niekończącej się serii zwycięstw jest jakby coraz mniej.

Przede wszystkim, Atletico już od kilku miesięcy nie wygląda na europejskiego potentata, którym było. 2, 3 miesiące, może więcej - to naprawdę długi czas. Ich pozycja w tabeli, trzeba to rzecz już z mocnym przekonaniem, nie jest przypadkowa - Atletico walczy w tym sezonie jedynie o czwarte miejsce, z Realem Sociedad i Villarrealem (oba kluby w ciekawych momentach, ale o tym innym razem).

Niektórzy mówili o "kryzysie" oczywiście już dawno temu, jak zawsze gdy ktoś zagra słabszy mecz, ale tym razem konwulsywne reakcje znalazły potwierdzenie w trwającym... no, kryzysie.

 

Oglądanie takiego spotkania jak dziś z Alaves to wręcz ból, gdy pomyślimy o tym, ile byśmy oczekiwali od tej ekipy. Niby Rojiblancos zdobyli aż 11 pkt. w ostatnich 5 meczach, ale jak to wygląda w praktyce... Kolejne spotkanie, w którym to bramkarz ratuje punkty - tym razem tylko jeden. Po kontuzji Jana Oblaka, Miguel Angel Moya podtrzymuje ten sam poziom. Atletico nigdy nie słynęło z tego, że przeciwko słabszym rywalom gra porywający futbol, ale mimo wszystko potrafiło przynajmniej sprawić, by przeciwnik miał jeszcze mniej okazji, niż oni sami - od paru miesięcy tak nie jest i to rywal może mówić o pechu niemal przy każdym meczu.

Gdy Atletico zdobywało tytuł, komparatywną niemoc w ataku (w porównaniu do najlepszych!) regulowały stałe fragmenty gry, z których Atleti zdobyło wtedy 18 goli. Teraz, pod koniec stycznia, mają na koncie tylko 3 takie bramki (mniej w całej lidze zdobyło tylko Las Palmas). Tylko 3 asysty Koke w sezonie też są przykładem na zmianę sposobu atakowania Atletico, a może przynajmniej ich skuteczności - to nadal podania hiszpańskiego rozgrywającego są główną metodą robienia szumu w polu karnym rywali, tyle że teraz nic z tego nie wpada. Moim zdaniem, Hiszpan nadal gra swoje, ale wydaje się, że wystawienie go na środku, a na flankach obecność bardziej "ofensywnych" opcji w postaci typowych gibkich skrzydłowych Gaitana i Carrasco nie dało Atletico niemal nic, za to zabrało destrukcję w środku pola. Zarówno Belg, jak i Argentyńczyk od dłuższego czasu są bezproduktywni, bez sił - sprawiają, że człowiek tęskni wręcz za pięknymi czasami duetu morderców Tiago-Gabi w środku. Od Koke i Saula Nigueza oczekuje się raczej za wiele jak na ich siły.

 

 

Powtarzalne Atletico zrzuca więc wszystko na kilka metod ucieczki rywalom. Jednym jest Filipe Luis, nadal kluczowy dla drużyny, jedyny piłkarz drużyny, który potrafi jednocześnie wygrać pojedynek i zagrać z sensem - rzecz często wykorzystywana. Promyczkiem nadziei na przeciwległej flance jest Sime Vrsaljko, który - jak sądzę - potwierdził już to, co zawsze pisałem o nim (oraz o Juanfranie).

No i, oczywiście, Antoine Griezmann. Gdyby Eder w finale Euro strzelił lekko w bok, cóż, być może to Griezmann dostałby Złotą Piłkę i kompetentni dziennikarze przez następne 50 lat by mi powtarzali, że był najlepszym piłkarzem świata. Ale Francuz, mimo niewątpliwych zalet, zdecydowanie nie radzi sobie z obecną rolą. Wydaje się, że wszystko chce robić sam, a często można też odnieść wrażenie, że musi. Przede wszystkim, nie ma z tego za wiele goli. Griezmann zdobył co prawda 8 goli w lidze, ale większość jeszcze we wrześniu. Nie chodzi jednak o to, by Griezmann marnował specjalnie wiele okazji - raczej ich po prostu nie ma. Nie wygląda za bardzo jak inny piłkarz - nadal jest groźny przy dośrodkowaniach i ma doskonałą lewą nogę, kreuje blisko bramki i ogólnie stara się zrobić gola z niczego. Skąd więc to wrażenie nieskuteczności i beznadziei, które mamy? Jak sądzę, wynika ono z impotencji całej reszty ofensywy Atletico.

 

Na te bóle nie ma łatwej odpowiedzi, bo jak widzimy - wystawianie większej liczby bardzo utalentowanych graczy ofensywnych nic tu nie dało. Zimowy odpoczynek również stylu nie zmienił. Być może przegrane mecze z Realem czy Villarrealem ubodły w psychikę, a zacięte zwarcie z Barceloną może przywrócić piłkarzom radość życia? Wydaje się, że ten nadchodzący dwumecz w Pucharze Hiszpanii to największa szansa na to, byśmy zobaczyli cień Atletico z poprzednich sezonów.

Na ten moment jednak - w Hiszpanii nadal jest trójka gigantów, którzy walczą o mistrzostwo i Ligę Mistrzów, ale ma już inny skład. Zarówno Atletico, jak i Sevilla, absolutnie zasłużyły, by tak nazwać sytuację.

 

 

 

niedziela, 15 stycznia 2017
Draxler ponad Grosickim

Media są czasami dziwne. Czasami beznadziejne, oparte na domysłach i banałach teksty powstają w druku, ładnej oprawie itp., a czasem taka strona jak Get French Football News (co?) pod adresem GetFooballNewsFrance.com (co?) wypuszcza przygotowany z wielką starannością ranking 100 najlepszych graczy we Francji. Każdy gracz jest tam opisany, ale nie wszyscy równie mądrze. Czasami, owszem, dziennikarz skupia się na aktualnej grze piłkarza. Ale czasami jest ktoś taki jak Kamil Grosicki. 35. miejsce! Pomiędzy Di Marią i Rabiot. Kiedy widzisz Kamila Grosickiego na 35. miejscu najlepszych piłkarzy we Francji, a na liście nie ma np. w ogóle Allana Saint-Maximina, to naprawdę chcesz przeczytać uzasadnienie, dlaczego. Niestety opis nie daje wielu argumentów - ot, opis jego kariery. Wygląda na to, że głównie kierowali się tutaj występem na Euro. No dobra, ale w klubie? "Super-zmiennik".

To prawda, ale o tym już pisałem nieraz. Grosicki uczynił niemal regułą, że jak wejdzie pod koniec meczu, to osiągnie więcej, niż przez 90 minut. Gdy wyjdzie w pierwszej jedenastce - praktycznie zawsze jest słabo. I tak na zmianę. Ostatnie dwa mecze miał z ławki i miał udział przy golach - to teraz oczywiście pierwszy skład i mecz typu "no biegał dokoła, ale nic z tego nie wynikło". "Problem" dla Grosika jest taki, że po odejściu do Bundesligi Ousmane'a Dembele oraz Paula-Georgesa Ntepa trochę nie ma kogo zmieniać. Na prawej flance zagrał znany defensywny pomocnik Gelson Fernandes, zmienił go w trakcie meczu nieopierzony młokos Adama Diakhaby. No cóż... to Francja, więc wszystko może się zdarzyć. Rennes może spaść z ligi, albo zająć 4. miejsce. Grosickiemu przydałoby się wejść w rolę "super-podstawowego gracza", ale nie wiem, czy w to wierzę.

 

O dziwo, ten klub wypełniony odrzutami, graczami z innych pozycji i młokosami nawet całkiem cisnął PSG, chociaż nie był w stanie dostać się pod bramkę. Podopieczni Christiana Gourcuffa przyzwoicie się bronili i nie ułatwiali decyzji atakującym z Paryża, tym razem duet obrońców stanowili 20-letni Joris Gnagnon oraz udowadniający, że wszystko jest możliwe, bo pochodzący z Mozambiku Mexer i też wypadli dobrze. Ale w ataku czerwono-czarni strzelali głównie z dystansu: młody Yoann Gourcuff, Bośniak Sanjin Prcić oraz schodzący do środka Grosicki. Dużo lepiej zrobiło się pod koniec meczu, gdy "super-zmiennikiem" okazał się Wesley Said, który wszedł za wypożyczonego z Lyonu napastnika Aldo Kalulu. Nie wiem do końca, jaki był sens wystawiania kolesia mającego 166 cm, gdy twoja nadzieja na cokolwiek to wrzutki, ale tak zrobiło Rennes. Said większy zresztą nie jest, ale przynajmniej raz zagroził bramce Kevina Trappa (który powrócił do gry po bardzo słabej rundzie w wykonaniu, jakże świetnego w Villarrealu, Alphonse'a Areoli). Tak, to "super" to była trochę ironia.

 

PSG wypadło po prostu słabo. Oczywiście tych piłkarzy stać na wiele, mają świetne umiejętności. Nie grali dosłownie słabo. Ale nie wznieśli się wysoko, że tak powiem. Po przerwie zimowej Unai Emery nadal robi mierne wrażenie swoją pracą z zespołem, a konkretnie jej efektami. Najlepiej w ataku zaprezentował się nowy nabytek Julian Draxler, którego nota bene zastąpił w Wolfsburgu Ntep. Nie wiedziałem, co myśleć o transferze Niemca. Miał za sobą słabą rundę w Wolfsburgu... i sezon... i w sumie dawno nie był tak naprawdę "dobry", raczej niż "obiecujący". Ale dziś parę razy błysnął. Zwłaszcza oczywiście bramką, która w tym meczu chyba musiała taka być: ot, kopnął jakby był stoperem podającym do bramkarza, a tu idealnie wpadło. Nie był to jedyny przykład ciekawej współpracy Draxlera z Marco Verrattim, która była w sumie jedynym wartym podziwu elementem dzisiejszego całego meczu. Lucas Moura... Cavani... Ben Arfa... Di Maria... nie za wiele pokazali. PSG gra na jedno kopyto i poza uruchamianiem Cavaniego (jeśli stoperzy nie poradzą z nim sobie na tyle, jak dziś - oddał jeden strzał, nieco przypadkowy, po niezręcznym, za mocnym, ledwo opanowanym podaniu Meuniera) nie wydaje się mieć wielu metod na tworzenie akcji. Nawet w sytuacji, gdy jeszcze w zeszłym sezonie Di Maria wydawał się robić to sam.

 

Trafia się czasem taka dziwna notka, gdzie nie dzieje się tak wiele - Nicea i Monaco grają dopiero jutro, więc o wyścigu po tytuł nie da się wiele powiedzieć. Monaco zresztą gra na terenie Marsylii, która skończyła rundę jesienną z przytupem. Ale nawet w razie porażki, zachowa drugie miejsce. PSG bowiem ma stratę i dzisiaj nie natchnęło wielką wiarą w to, że rzuci się do jej odrabiania.

Nadzieją jest Draxler. W Rennes nadzieją jest raczej obrona. Szanse, że w wieku 28 lat Grosicki się zmieni? Ja w to średnio wierzę.

wtorek, 27 grudnia 2016
Jedenastki Chelsea się nie zmienia

Pewnie wiecie, że Chelsea ma rekordowo dobrą serię, wygrali już 12 meczów z rzędu, w większości do zera. Jednak robią to w zupełnie innych warunkach, niż np. Real Madryt - w pełni komfortowo. Chelsea korzysta z braku europejskich pucharów oraz idealnego zdrowia i wystawia co tydzień tę samą jedenastkę. Tylko oni w lidze wystawili zaledwie 20 graczy, z czego duża część pojawia się albo symbolicznie (jak dziś Batshuayi, wręcz komediowo), albo grała tylko na samym początku sezonu, gdy jedenastka w pierwszy meczach się klarowała (jak John Terry, który - pomijając 5 minut z Evertonem - nie gra od początku września). Do tego, od początku sezonu, aż PIĘCIU graczy zagrało praktycznie w każdym meczu cały czas: Courtois, Cahill, Azpilicueta, Kanté i Diego Costa.

W rezultacie, Chelsea gra ten sezon właściwie jedną jedenastką, i używa tylko 2-3 zmienników: Williana, Cesca Fabregasa oraz wcześniej Oscara, który już odszedł do Chin. Rekordowa stabilność. Ewenement znacznie ciekawszy, niż ustawienie z trójką obrońców.

 

Dlatego byłem ciekawy dzisiejszego meczu. Zaczyna się jedyny nieco bardziej intensywny okres. Rok temu pisałem to samo o Leicester - jeśli przetrwają jedyny okres, gdy grają dwa razy w tygodniu, to będą mistrzami. I przetrwali go - to celne określenie. Wyraźnie męczyli się przez ten miesiąc od końcówki grudnia do końcówki stycznia, ale odnaleźli solidność w obronie i stracili mniej punktów, niż rywale do tytułu. W kluczowym spotkaniu byli raczej gorsi od Tottenhamu, ale strzelili gola z rożnego i wygrali 1-0. Reszta sezonu to była niemalże formalność po tym teście.

Ale w tym roku nie ma Mundialu i Chelsea nawet nie ma aż tak trudnego terminarza. Legendarna w niektórych mediach "mordercza intensywność Premier League" w praktyce wygląda tak: dziś grali po 5 dniach, następny mecz grają po 5 dniach... i tyle, następny już po 10 dniach. Serio, Chelsea tylko RAZ w sezonie, na początku kwietnia, zagra naprawdę 3 razy w ciągu 8 dni: co dla takiego Realu Madryt jest codziennością, z rzadkimi "przerwami" głównie w postaci możliwego odpoczynku na meczach towarzyskich kadr albo gry ze słabeuszem w pucharze. Grudzień i styczeń dla Chelsea? Trudno to nawet nazwać wyzwaniem. Dodajmy do tego, że Nigeria odpadła w kwalifikacjach Pucharu Narodów Afryki, i nawet ta impreza nie jest żadnym problemem. Po prostu luz Blues.

 

Niemniej... dziś przynajmniej nie mogło zagrać dwóch ze wspomnianych Niezastąpionych: Costa i Kante, za kartki. No i... nie wiem, czego oczekiwałem. Oczywiście, że wobec tego w jedenastce pojawili się Willian i Fabregas. Zmian de facto nie była: pierwszy ławkowicz pojawił się w 83. minucie, przy stabilnej przewadze, dotknął piłki 5 razy.

 

Było to typowe przyzwoite 3-0, które wygrywa mistrzostwa: do momentu bramki na 2-0 trudno było nawet powiedzieć, by Chelsea miała przewagę, ale gole jak zawsze strzeliła, a potem zamknęła spotkanie. Wymiana Kante za Fabregasa nie zabolała za bardzo: Chelsea oddała nieco posiadanie, ale też nie miała problemów z wejściem na połowę przeciwnika.

 

 

Wyżsi tylko o pół głowy od Edena Hazarda stoperzy Bournemouth nie radzili sobie w ogóle z pilnowaniem Belga, który zastąpił Costę jako "9": Hazard wykręcał rywali, ruszając akcją jak chciał, często nawet w polu karnym. Można zaryzykować stwierdzenie, że 25-latek jest jeszcze lepszy, niż podczas ostatniego sezonu w Lille czy dwa lata temu w Anglii: lepszy, niż kiedykolwiek. Gdy cały zespół funkcjonuje jak w zegarku, potrzeba tylko właśnie kogoś takiego, jak Hazard: gdy nie wymaga się od niego za wiele (mając cały czas wsparcie np. Williana i Azpilicuety na prawej flance, Hazard nie wymaga specjalnych zabiegów w trakcie akcji, by nadrabiać jego brak w swoim miejscu) potrafi poprzez umiejętności gry z piłką rozłożyć defensywę rywala i sprawić, że obrzydnie mu życie. Nie ma w tej lidze gracza, który poruszałby się po defensywie rywali z taką łatwością: zarówno ich mija, jak i świetnie podaje.

No ale to chyba oczywiste. Granie w tej lidze, i żadnej innej, to naprawdę niska poprzeczka dla Hazarda. On "powinien" robić coś więcej. W internetach widzę, że ludzie już zapomnieli, jak dobry był Hazard w LM. Mówią herezje, że niby tam zawodził. Bynajmniej. Pomijając oczywiście fatalny zeszły sezon.

 

Jeśli tak dalej pójdzie... Chelsea zdobędzie mistrzostwo zupełnie bez historii. Zawsze ta sama jedenastka, każdy jej piłkarz radzi sobie dobrze. Ten klub chyba tak musi. Są pierwszorzędni w byciu drugorzędną europejską potęgą. No nic, czekamy na jakieś zwroty akcji, a jak nie - to na przyszły sezon i obecność w Europie.

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 59