RSS
piątek, 09 marca 2012
Bielsa, trener kultowy

Nie mam złudzeń, że o powrocie Marcelo Bielsy do treningu klubowego wiele osób usłyszało dopiero wczoraj, kiedy jego Athletic Bilbao rozjechał na Old Trafford Manchester United. Ach, United, w tym sezonie naprawdę dają mi wiele radości - ileż to świetnej, acz mało znanej piłki odkryli w tym roku, racząc przegrywać z ekipami, z którymi przecież przegrać nie powinni, bo one nie nazywają się Manchester United.

Osobiście oczekiwałem po powrocie Bielsy wiele, bo to trener kultowy. Słowo nadużywane, ale jakiego można by tutaj użyć, jeśli przecież Lionel Messi przed wyjazdem do Barcelony wiele lat trenował na stadionie, który od paru lat nosi imię właśnie Bielsy? Ostatni raz legenda Newell's Old Boys trenowała jakikolwiek klub 13 lat temu - wtedy opuściła Espanyol szybko po przybyciu, bo zaproponowano jej trenowanie reprezentacji narodowej. Kadra Argentyny prowadzona przez Bielsę - jak wiele przed nią i wiele po niej - była oczywiście faworytem Mundialu 2002, ulegając jednak w grupie Anglii i Szwecji. Niech więc świadczy to o zadwoleniu kibiców z jego osiągnięć w Newell's i kadrze Chile, że wielu rodaków mimo wszystko żałuje jego odejścia i marzy o powrocie.

 

No ale teraz jest Bilbao. Dziwiłem się nieco, że zwolnili Joaquina Caparrosa. Facet przejął baskijski klub w najgorszej sytuacji w jego historii - od paru lat Athletic o włos unikał spadku do drugiej ligi, a to przecież jeden z trzech hiszpańskich klubów, które nigdy nie doznały tego upokorzenia. Za Caparrosa ekipa robiła postępy z roku na rok: 13. miejsce, 8. miejsce, 6. miejsce... Do awansu do Ligi Mistrzów zabrakło im czterech punktów, które w kontekście upadku Villarrealu (oraz niesprzedania nikogo przez Athletic) wydawałyby się realnym celem. A jednak kontraktu Caparrosa nie przedłużono. Nowy prezes zatrudnił Marcelo Bielsę.

Czy pod wodzą nowego trenera Athletic gra lepiej? Trudno powiedzieć. W zeszłym sezonie zdobywał 1,53 pkt. na mecz, w tym - 1,48. Jednak stopniowo wyniki się poprawiają. Przez pierwsze dziewięć kolejek Bilbao było w dolnej połowie tabeli, a teraz awansowało już na piąte miejsce. Co najważniejsze, przekonująco pokonało dwóch rywali do upragnionego miejsca w Lidze Mistrzów - wygrali 3-0 z Levante oraz Malagą. Z drugiej strony ciągle mieszają świetne mecze z kiepskimi.

Na pewno pod wodzą Bielsy klub gra inaczej. Caparros lubił długie podania, adresowane na mierzącego 185 cm Fernando Llorente, wokół którego skupiała się gra. Oczywiście Llorente oraz rozgrywający Javi Martinez nie bez powodu są największymi gwiazdami Bilbao i bohaterami licznych plotek transferowych, nadal są liderami tego zespołu. Ale wokół nich pojawiło się sporo fantastycznie wyszkolonych zawodników. Ot, taki Ander Herrera - defensywny pomocnik, całkiem zresztą skuteczny, ale niepowoływany nigdy do kadry Hiszpanii. Spodziewacie się wyrobnika, a ten puszcza do przodu takie podania, że opada wam szczęka. Cudowny gracz, który zasłużył na kilka asyst w tym spotkaniu. Jego podania dostają np. 19-latek Iker Muniain, o którym już nieraz pisałem (ostatnio zadebiutował w seniorskiej reprezentacji) czy też Markel Susaeta, dynamiczny skrzydłowy troszeczkę w stylu Kuby Błaszczykowskiego. I wielu innych, jak Amorebieta, Iraola...

Tak więc media pewnie nie byłyby tak zaskoczone, gdyby Bilbao wygrało ten mecz "starym sposobem": długa piłka, skuteczny strzał, ostrożność. Ale Bielsa woli grę piłką, co - gdy się udaje - prowadzi do zneutralizowania przeciwnika. Bilbao wystawiło trzech nominalnych obrońców, a często wydawało się, że i tylu ich nie ma, bo Andoni Iraola wzorem Daniego Alvesa częściej bywał w natarciu, niż przed natarciem bronił. Podobnie jak brak zwycięstw z Basel czy Benficą, porażka 2-3 z Bilbao nie świadczy o pechu United - świadczy o ich wielkim szczęściu. Gdyby nie popisy Davida De Gei (kolejny wspaniały mecz Hiszpana), gdyby nie brak skuteczności skrzydłowych, wynik wyglądałby naprawdę powalająco. W drugiej połowie mistrzowie Anglii nie istnieli, ale - jak to mają w zwyczaju - i tak wycisnęli z tego jedną bramkę, poprawiając wynik na taki, przy którym można już jakoś myśleć o odrobieniu strat w rewanżu. Jak się uda...

To był naprawdę dobry mecz, choć jak widać, same bramki padały w dużej mierze wskutek błędów. Akcje Bilbao oglądało się jednak z wielką przyjemnością, która przywodzi na myśl nic innego, jak udane mecze reprezentacji Argentyny czy też obecnej Barcelony. W Hiszpanii polityka miesza się z futbolem, a Bilbao zawsze miało dość dosadny izolacjonistyczny przekaz - ich kryteria doboru piłkarzy są bardziej restrykcyjne, niż wielu narodowych reprezentacji. Tak więc z perspektywy reszty świata można go nazwać taką Barceloną, tylko bardziej. Teraz okazuje się, że pasuje to także do ich postawy na boisku. Wymienność pozycji, dużo podań, dużo biegania - być może Alex Ferguson naprawdę się starzeje, bo jego zespół wyglądał na oniemiałego w konfrontacji z takim nowoczesnym stylem gry. Znowu... Trenerzy angielskich klubów powinni tego lata spędzić trochę czasu na różnorakich seminariach, bo Europa nie pierwszy raz pokazała im faka.

niedziela, 26 lutego 2012
Montpellier liderem

Mieliśmy dzisiaj "mecze na szczycie" dwóch lig. Przedstawiciele jednej radzą sobie słabo na arenie europejskiej. Przedstawiciele drugiej - zaskakująco dobrze. Teoretycznie w tej drugiej powinni więc lepiej grać w piłkę. A jednak po raz kolejny "mecz na szczycie" Ligue 1 był świetnym widowiskiem, a ten w Serie A - prostackim nudziarstwem.

 

W meczu Lyon-PSG mieliśmy wszystko. Dużo ładnych goli, jeszcze więcej niewykorzystanych sytuacji, zmiany prowadzenia, generalny dramatyzm, wysokie tempo, determinację, dryblingi, technikę. Gol na 4-4 padł w ostatniej akcji meczu, w momencie, gdy od dobrych paru minut PSG próbowało dosłownie wszystkiego, by jakoś wepchnąć futbolówkę do siatki.

Uratowanie remisu w takich okolicznościach bez wątpienia doprowadziło paryskich kibiców do euforii, ale fakt jest taki, że PSG uratowało tylko jeden punkt. W ten sposób po sześciu kolejkach liderem ZNOWU jest Montpellier. Nie było jakoś czasu napisać o świetnym spotkaniu dwóch walczących o mistrzostwo Francji drużyn tydzień temu, ale MHSC jeszcze raz udowodnił w nim, że gra w tym sezonie spektakularną piłkę. Umiejętności Girouda, Belhandy i Bedimo są naprawdę czołowe na skalę europejską i ktokolwiek tego lata ich zakupi, będzie liczył na wielkie profity.

PSG nie będzie raczej nikogo sprzedawać, jedynie kupować. Zimą sprowadzili trzech graczy do podstawowego składu (Maxwell, Alex, Motta), ale na pewno mają na celowniku grubsze ryby. Awans do LM pomoże im w kuszeniu graczy. Jeszcze lepsze byłoby mistrzostwo. Kto by pomyślał przed sezonem, że na drodze nie stanie im Lille, Lyon ani Marsylia, a Montpellier? Heh. W sześciu wiosennych kolejkach lider Ligue 1 zdobył aż 16 pkt. PSG - "tylko" 12 (trzy zwycięstwa, trzy remisy).

Warto wspomnieć, że 13 pkt. wiosną zdobyło Bordeaux, wzmocnione "reprezentantem Polski" Ludovikiem Obraniakiem. Skrzydłowy udowodnił, że nie bez kozery media nazywały go ostatnio "najlepszym rezerwowym ligi" - w pierwszym składzie Żyrondystów gra świetnie i był już dwa razy w jedenastce kolejki. Raz po następnym wspaniałym widowisku: zwycięstwie 5-4 w Lille, na boisku swojego byłego klubu, któremu strzelił dwa gole, w tym zwycięskiego w doliczonym czasie. Ach, ciekawa ta liga w tym sezonie.

 


Za ciekawą ligę nie uważam Serie A. Milan, jak pewnie słyszeliście, wygrał ostatnio 4-0 z Arsenalem, więc myślałem, że może teraz zaczną grać fajnie. Niestety nie. Pewnie to przez brak Ibrahimovicia i Boatenga, ale mecz Milan-Juve był dość nudny. Wyróżniały się głównie kontrowersje sędziowskie, rezultujące nieuznaniem bramek dla obu ekip.

Juventus ciągle nie ma ataku, ale pewną nowością było dziś to, że nie miał też obrony. Gigi Buffon musi być wyposażony w naprawdę stalowe nerwy, że po tak dobijającym "raz-dwa" (podaję rywalowi, odbijam rykoszetem jego strzał) nie rzucił się na Leonardo Bonucciego i go nie udusił. Obrona Milanu też specjalnie dobrze nie grała, ale cóż - beznadziejność obu ekip oraz sędziego w końcu się wyrównała i mamy remis. Juventus, o ile wygra zaległy mecz, będzie liderem z dwoma punktami przewagi. Ciągle w tym sezonie nie przegrał. Będzie zabawnie, jeśli nie przegra do końca, ale wygrywający Milan obroni mistrzostwo.

piątek, 24 lutego 2012
Liga Mistrzów powraca. I jest słaba.

Ruszyła z powrotem Liga Mistrzów. I bardzo mnie zawiodła. Niby były gole - często w końcówkach - i nawet zaskoczenia (kto by przewidział, że po tylu latach regularnych porażek drużyny włoskie zaczną lać angielskie?), ale nie było poziomu piłkarskiego. Niemal wszystkie ekipy zaprezentowały się słabo. 4-0 to najwyższe zwycięstwo AC Milan w Lidze Mistrzów od niemal 20 lat, ale nie wynikło to z ich genialnej gry, lecz koszmarnej gry Arsenalu. Wystarczy spojrzeć po bramkach, jakie padły w tych ośmiu spotkaniach - najwyżej ciekawe, wynikające głównie ze słabej obrony, nie geniuszu napastnika. Nie żebym odejmował Cavaniemu, Lavezziemu czy Sanchezowi, ale... stać ich na dużo, dużo więcej. Jednak tym razem - nie musieli. Proponuję formę swoistego power rankingu:

 

1. AC Milan. Zdecydowanie największy wygrany tego tygodnia. Gdy ostatnio zanotowali wynik 4-0 w LM, było to w finale z Barceloną, dla której grali m.in. ojciec Sergio Busquetsa i wujek Rafy Nadala. Poprzednie pokolenie. Jeszcze dwa lata temu Rossoneri sami przegrywali czteroma bramkami z United, rok temu byli bezradni wobec słabego wtedy Tottenhamu, a teraz - proszę. Mark Van Bommel i Kevin Prince-Boateng na pewno przyczynili się swoją walecznością do zdominowania środka pola, ale zaimponował mi przede wszystkim Zlatan Ibrahimović, który na poziomie klubowym takiego meczu chyba jeszcze nie miał. Pozostaje pytanie - co dalej. Milan już tracił takie przewagi, co zresztą nie przeszkadzało mu poprzedniego i następnego roku sięgać po Puchar Mistrzów. Najważniejsze, że po raz pierwszy od 2007 r. wygrali w fazie pucharowej i jeśli to jest przełamanie, to droga do finału wydaje się otwarta...

2. FC Barcelona. No więc Barcelona ma w tym sezonie problemy na wyjazdach (tylko 1,55 pkt. na mecz przy 2,55 Realu). A jednak pierwszy raz od czterech lat zaczęła fazę pucharową od zwycięstwa i to w rozmiarze, który raczej nie daje Leverkusen żadnej nadziei na możliwość odrobienia. Alexis Sanchez w końcu zaczyna grać na miarę swojej ceny, ale pozostaje pytanie, czemu ta wygrywająca dość łatwo Barca nadal wydaje się pływać w kisielu. Wydaje mi się, że to brak motywacji. Gdy tylko ją znajdą (bo np. Valencia zbliża się do nich w tabeli), są w stanie demolować rywali. A gdy jej nie znajdą... nadal idzie im bardzo dobrze. Nie odkrywam Ameryki, ale pamiętajmy, że większość zawodników FCB ma niebotyczne umiejętności.

3. Real Madryt. Nie, CSKA nie zagrało dobrze. To Real zagrał źle. Ale przede wszystkim pechowo i bez ciśnienia na zwycięstwo. Od września Królewscy nie wygrali meczów jedynie z dwoma ekipami i obie one biegają w koszulkach w niebiesko-czerwone pasy. Pewnie Mourinho wolałby nie trafić w następnej rundzie na Basel...

4. Benfica. Portugalczycy pozostają dla mnie w czołówce, choć nie pokazali wiele w swoim słabym meczu w mroźnym Petersburgu, na boisku utrzymanym bardziej w stylu Roland Garros niż Wimbledonu. Na razie ich ocena jest zawieszona, aż rozegrają rewanż na swoich warunkach. Mimo zmrożenia, Witsel, Cardozo czy Gaitan pokazali nieco swych umiejętności. Kontuzja Rodrigo na początku spotkania wbiła nieco kij w szprychy, ale Aimar nie jest złym zastępstwem. Benfica przegrała drugi mecz w tym sezonie, lecz gdyby nie błąd bramkarza Artura dwie minuty przed końcem, wywieźliby 2-2.

5. FC Basel. Szwajcarzy zagrali w tym sezonie piąty raz z ekipą z europejskiej czołówki i piąty raz nie byli gorsi od rywala. Może pora uznać, że po prostu nie są tacy słabi, jak większość mediów ich przedstawia. Nauczyć się nazwisk, zanim trafią do bogatszych klubów. Shaqiri i Fabian Frei zagrali bardzo słabo, ale scouci na pewno zaznaczyli sobie na czerwono innych: Yanna Sommera, Aleksandara Dragovicia i Granita Xhakę. Dobre wrażenie zrobił też na pewno 25-letni prawy obrońca, wychowanek Bayernu, Markus Steinhofer. Aż trudno uwierzyć, że Bawarczycy woleli mieć w składzie Rafinhę...

6. Bayern Monachium. Jeśli przejdą Basel, dalej będzie już... no, może nie z górki, ale przynajmniej będą jedną fazę do przodu w porównaniu z zeszłym rokiem. Zakup Xherdana Shaqiriego już teraz był chyba dobrym pomysłem, bo 20-latek nie błyszczał i zmarnował chyba najlepszą okazję w meczu. Nie pierwszy i nie drugi raz okazało się dobrym pomysłem kupienie Manuela Neuera -  z przeciętnym bramkarzem Bayern mógłby podzielić los Arsenalu. Tak czy siak, nadal potrzebuje bocznego obrońcy. I powrotu Schweinsteigera. W czterech wyjazdowych meczach na wiosnę Bawarczycy zdobyli tylko 2 pkt. - na Allianz Arena idzie im lepiej i na pewno będą chcieli dać kibicom wreszcie nieco radości, pokonując Basel. Pytanie, czy w obecnej formie ich na to stać.

7. Zenit Sankt Petersburg. Jeśli ktoś zaprezentował coś w stylu ładnej gry w tej rundzie, na pewno był to Zenit. Gol na 2-1 - mniam! Roman Shirokow zaiste nie jest przereklamowany. Gdyby nie żenujące błędy Juriego Żewnowa, Rosjanie mogli wygrać i 3-0. Mecz w Lizbonie zapowiada się na bardzo ładny i ofensywny. Ktokolwiek odpadnie - będzie mi szkoda.

8. SSC Napoli. Po okresie bardzo słabej gry zimą Napoli wygrało ostatnio dwa mecze w Serie A, no i spotkanie z Chelsea. Tercet Cavani-Lavezzi-Hamsik może nie imponował, ale był w stanie tyle razy urwać się rywalom, by wynik 3-1 można było uznać za niski wymiar kary. Jeden z najlepszych obrońców Serie A, jeśli nie Europy - Paolo Cannavaro - popełnił koszmarny błąd, ale cóż, widocznie mamy okres na błędy obrony. Jak na razie mieli dobre 10 dni - czekam, co dalej.

9. Olympique Marsylia. Wicemistrzowie Francji nie przegrali od 23 listopada. W porównaniu z takim Lyonem, Chelsea czy Interem mogą się więc czuć doprawdy... niepokonani. Ostatnio zagrali jednak tylko nieco lepiej, niż Inter, zasłużenie wymęczając 1-0. Andre Ayew wrócił z PNA i znowu jest bardzo dobry: jeśli w rewnażu będzie skuteczniejszy, ćwierćfinał należy od Marsylii.

10. Olympique Lyon. Wyglądali nieźle i pewnie, czego nie da się powiedzieć o większości drużyn w tym rankingu. Z drugiej strony - rywalem był tylko APOEL. Prawdopodobnie czeka nas kolejny w miarę udany sezon Lyonu, w którym przegrają dopiero z kimś z czołówki.

11. APOEL Nikozja. Udowodnili, że są na serio, grając wyrównany mecz z Lyonem. U siebie wygrali już z Porto oraz Zenitem, toteż Francuzi na pewno będą nieco trząść portkami lecąc na Cypr. Pytanie, czy APOEL ma w sobie energię, by strzelić gola broniącemu się rywalowi. Do tej pory imponują mi głównie defensywą.

12. Chelsea Londyn. O tym, jak kiepsko wyglądała cała ta runda, niech świadczy fakt, że Chelsea nie jest w tym rankingu ostatnia. Ich obrona ciągle nie istnieje. Andre Villas-Boas błądzi po dżungli, starają się ją ustawić, gdy kolejni zawodnicy albo wypadają ze składu, albo go nie lubią. Albo - jak John Terry - obie te rzeczy naraz. W meczu z Napoli na lewej obronie zaczął... Jose Bosingwa, który dopiero wskutek kontuzji został zmieniony przez leczącego się Ashleya Cole'a. Nie zdziwiła mnie tragiczna gra Luiza i Cahilla, ale że Ivanović dostosował się do nich poziomem... Problemy ofensywne można przy tym uznać za okazjonalny pech. Ale nie zrozumcie mnie źle - ich atak też jest słaby. Strach pomyśleć, co by się działo, gdyby nie kupili Maty... Chelsea nie wygrała już sześciu kolejnych spotkań, w tym z Norwich czy Birmingham.

13. Internazionale Mediolan. Niedawna dobra forma każe ich ostatecznie nie skreślać. A nuż odstawią numer jak w zeszłym roku z Bayernem. Na ten moment grają jednak koszmarnie. Po porażkach z Lecce, Novarą i Bolonią trudno w sumie napisać coś więcej... Ich jedyny solidny gracz niestety występuje na najnudniejszej pozycji defensywnego pomocnika, toteż grają nie tylko nieskutecznie, ale też usypiająco. Konieczny jest powrót Diego Milito. W ostatnich ośmiu spotkaniach Interu Argentyńczyk zdobył siedem bramek, a pozostali - jedną.

14. CSKA Moskwa. To bardzo piękne, że walczyli do końca i zremisowali z Realem Madryt.

15. Bayer Leverkusen. Trafili na FC Barcelonę, i to w okresie, gdy kontuzjowani są kluczowi zawodnicy: Ballack, Sam i Derdiyok. Pewnie skupili się już na walce o czwarte miejsce w Bundeslidze, ale ze stratą aż 10 pkt. o to też może im być ciężko.

16. Arsenal Londyn. Już przez moment wystawili podstawowy skład w obronie. I wtedy kontuzji doznał Laurent Kościelny. I wszedł Yohann Djourou. Ale wszyscy wiemy, kim jest Djourou, jego kataklizmiczny występ to nie nowość. Wiemy też, że Chamberlain powinien zastąpić bezproduktywnego Walcotta w pierwszej jedenastce. Zadziwiające w meczu z Milanem było jednak dla mnie to, jak łatwo Arsenal tracił piłkę, gdy tylko próbował pójść do przodu. Pamiętacie, że Alex Song był kiedyś określany słowem "solidny"? Cholera, w tym spotkaniu można było nawet zapomnieć, że kiedykolwiek szanowaliśmy Thomasa Vermaelena. Ale hej, to Arsenal. Raz zagrają, jakby zostawili mózgi w domu, a za tydzień mogą zagrać pięknie. Nigdy nie wiadomo.

wtorek, 14 lutego 2012
Zapowiedź: 1/8 finału Champions League, 2011-12

Ach, jak szybko czas leci. Tyleż się dzieje w futbolu, ale skupmy się na najważniejszych rozgrywkach na futbolowej planecie.

Zapowiedź fazy grupowej była niezła. Ale niezbyt trafna! Choć zaznaczyłem zastrzeżenia wobec debiutantów, jednak stawiałem na Lille, Dortmund, City. Ogólnie nie "trafiłem" żadnej grupy poza tą skrajnie oczywistą, z Milanem, Barceloną, Borysowem i Pilznem! Przyjrzyjmy się tym zaskakującym, którzy zaszli do 1/16. Może nadal będą zaskakiwać...

Cztery gole Gomisa w Zagrzebiu dały Lyonowi dziwaczny awans. Co dalej?

Olympique Lyon-APOEL Nikozja

...Ale ciągle w to nie wierzę. To miał być outsider, przecież ledwo wyeliminował Wisłę, a jednak wyprzedził Zenit, Porto i Szachtar. Przegrał dopiero w ostatnim spotkaniu, mając zapewniony awans. Ostatecznie strzelił tylko 6 goli, tracąc też 6, a ich gra nie powalała. W lidze cypryjskiej bez szału: na ciepłym Cyprze rozegrano już w tej rundzie 6 kolejek, w których APOEL zdobył 11 pkt. Trzy bramki zdobył w tyluż ostatnich meczach Constantino Charalambidis, który może zaskoczyć Lyon. Bo Lyon, który latem planuje wyprzedaż piłkarzy (problemy finansowe), przędzie ostatnio cienko. Awansował do następnej rundy prawdziwym cudem, bardzo kontrowersyjnym: po obejrzeniu meczu Ajax-Real nie mam wątpliwości, że Holendrzy zostali okradzeni przez niesłusznie gwizdane spalone (drugi rok z rzędu błędy sędziowskie zabrały im awans). No ale mamy Lyon, który w grupie strzelił 9 goli... wszystkie Dynamu Zagrzeb. Dodatkow w Ligue 1 na wiosnę przegrał z Montpellier i ostatnio z Caen, choć też pokonał Dijon (słabeusza...) i zremisował z Marsylią (dość szczęśliwie). Słowem, niespodzianka nie jest wykluczona i kurs 3,45 na Cypryjczyków uważam za zbyt wysoki. Ale jednak pozostanę przy Lyonie, który nie ma zwyczaju polegać ze słabeuszami. W ostatnich latach eliminowały ich czołowe ekipy danej edycji: Real, Bayern, Barcelona, United. Męki z Ajaksem sugerują spadek poziomu, ale na APOEL powinno wystarczyć. Ich szanse na mistrzostwo są praktycznie zerowe i choćby walcząc o dobry transfer, zawodnicy powinni być maksymalnie zmobilizowani. 5 goli Dynamu wbił łącznie Bafetimbi Gomis i na niego będą w Lyonie liczyć. Podejrzewam jakieś 1-0 dziś i remis w rewanżu. 

 

Eren Derdiyok to na co dzień największa nadzieja Leverkusen, ale wygląda na to, że z powodu kontuzji nie zagra z Barcą.

Bayer Leverkusen-FC Barcelona

Barcelona pod wodzą Guardioli tradycyjnie zimą przechodzi mały kryzys. Zawsze mają problemy z pierwszym spotkaniem pucharowym: wygrali je ostatnio 4 lata temu, pokonując 3-2 Celtic (który dwukrotnie w tym meczu wychodził na prowadzenie). W tym roku też mają problemy na wyjazdach: remis z Espanyolem, wyjątkowe 4-1 z Malagą (hat-trick, oczywiście, Leo Messiego), remis z Villarrealem, porażka z Pampeluną. Trzy wtopy na cztery spotkania! Tak więc dziś fani Bayeru mogą oczekiwać dobrego wyniku. Każde imperium kiedyś upada i nie widzę sensu stawiania na "pewniaka" (kurs 1.05). Ale tak jak tradycją Guardioli są zimowe problemy, tak też tradycją jest wychodzenie z nich i generalnie bycie bardzo trudnym do wyeliminowania. Leverkusen (drugi zespół w tej fazie bez dodatniego bilansu goli) miał trochę szęścia co do formy dniowej Chelsea i Valencii, a w Bundeslidze gra o poziom niżej od czołowej czwórki. Barca rzadko gra dwa słabe mecze pod rząd, także z powodu rotacji (ostatni mecz przesiedzieli Xavi i Iniesta, późno wszedł Cesc - to prawie jak nie Barcelona). Nie da się jeszcze teraz zatopić.

Ponad 15 mln funtów wydane na Chamberlaina już nie szokuje. Coraz głośniej woła się o powołanie 18-latka do kadry Anglii.

AC Milan-Arsenal Londyn

Od czasów triumfów Kaki (2007) Milan nie wygrał meczu w fazie pucharowej. W Serie A także świetnie sobie radzi raczej ze słabeuszami, z mocnymi rzadko wygrywa. Zanika Zlatan, czasami popisze się kto inny (ostatnio Maxi Lopez, ale z dużą pomocą bramkarza Udinese, Samira Handanovicia). Arsenal z kolei, gdy jest zdrowy, jest czołową ekipą Europy. Teraz jest w miarę zdrowy, być może będzie mógł wystawić czterech kompetentnych obrońców (z powrotem Vermaelena na środek). Być może... Alex Oxlade-Chamberlain był w meczu z Olympiakosem najlepszy na boisku i wszedł obecnie do pierwszej jedenastki. W rewanżu powinien szaleć już wraz z Gervinho, mając z przodu Robina Van Persiego, który nawet w średniej formie jest dość morderczy. Uważam za zabawne, że u bukmacherów to Milan jest faworytem. Ich gra ciągle nie daje żadnej oznaki, żeby byli w stanie wygrać dwumecz z silną ekipą. Remis dziś, 2-0 w Londynie.

 

Rodrigo strzela ostatnio dla Orłów jak najęty.

Zenit Sankt Petersburg-Benfica

Benfica to w tym sezonie trzeci-czwarty najlepszy klub Europy. Śmiejecie się? Popatrzcie na boisko. W obu meczach z Manchesterem United byli lepsi i tylko te "momenty Manchesteru United" dały Anglikom szczęśliwe remisy. W lidze - niepokonani cały sezon, wygrali ostatnie osiem spotkań. Oscar Cardozo od dawna był skuteczny, a Pablo Aimar od dawna dobrze kierował grą, ale teraz mają wokół siebie cały zespół świetnych graczy. Real Madryt może tradycyjnie zapłakać na swoją strategią transferową, bo oddani półdarmo stoper Garay i wychowanek Rodrigo (w lidze zagrał 12 meczów - 8 goli!) grają w tym sezonie lepiej niż kupowane za dziesiątki milionów gwiazdy. Na neutralnym gruncie - stawiałbym na nich każdą kasę. Ale... w Petersburgu wieczorem będzie około -15 stopni. A pewnie pamiętacie więcej niż kilka potkań na mrozie, które zakończyły się zaskakującym wynikiem. Jeśli Jorge Jesus chce pójść w ślady Mourinho i Villasa-Boasa, zyskując tytuł wielkiego wodza, musi spisać się lepiej niż Napoleon i przetrwać rosyjski mróz. Stawiam, że oba zespoły wygrają u siebie, ale ostatecznie Benfica wbije więcej goli.

 

Fantastyczny Seydou Doumbia przepchnął słabo grające CSKA do 1/8 finału. Co dalej?

CSKA Moskwa-Real Madryt

W to, że ekipa Mourinho upadnie pod mrozem, nie wierzy chyba nikt. Zabierzcie Realowi jego kryptonit, noszący się w niebiesko-czerwone pasy, i wyjdzie wam, że wygrali już 26 meczów z rzędu. Ostatni raz potknęli się (znów: wyłączając Barcelonę) we wrześniu. Dwumecze z Ajaxem i Lyonem? Po 6-0. Można by tak długo, ale po co.

 

Juan Mata to drugi najlepszy kreator okazji w całej Premier League. Gdyby tylko miał je kto wykorzystywać...

SSC Napoli-Chelsea

Napoli wyglądało jesienią dobrze. Zasłużenie wyprzedziło City. Ale na wiosnę wygrali tylko jeden z sześciu meczów... ten pierwszy. Wystarczy spojrzeć na "mecze na szczycie" Serie A, by zobaczyć, że ta liga nadal upada, poziom techniczny i fizyczny jest dość niski. Od kiedy wróciła faza 1/8 finału, mieliśmy 9 starć włosko-angielskich i Włosi wygrali tylko dwa: pamiętny Inter Mourinho oraz chyba równie pamiętny Milan w 2005 roku (który później upadł przed Liverpoolem). Z drugiej strony, jeśli pokonywać Anglików, to nikogo lepszego nie ma, niż Chelsea: w ostatnich czterech meczach nie wygrali. Skandaliczny nieco remis z United to względnie pozytywny znak wobec fuksiarskiego remisu ze Swansea, 0-0 z Norwich i ostatniej porażki z Evertonem. Fernando Torres jest najbardziej niecelnie strzelającym napastnikiem w całej lidze angielskiej (był drugi do ostatniej kolejki, gdy popisowo zagrał Peter Odemwingie). Tak więc mamy kolejne starcie jakoś niegodne prestiżu rozgrywek: dwie słabo grające ekipy. Jednak Chelsea gra słabo w lepszej lidze, dlatego jest logicznym faworytem.

 

Andre Ayew poradził sobie z Piszczkiem, czy Inter postawi mocniejszą zaporę?

Olympique Marsylia-Internazionale Mediolan

Dla bukmacherów Milan-Arsenal to jedyna para bez faworyta, dla mnie - ta. Marsylia to taki klub, który minimalnie przegrywa z czołówką. W tym roku z Arsenalem - 0-0 i 0-1 po golu Ramseya w doliczonym czasie. W zeszłym sezonie - 1-2 z United, byli bardzo blisko. Dwa sezony temu - Milan wyeliminował ich o włos. Pytanie brzmi: czy Inter to obecnie europejska czołówka? Sam już nie wiem. Niedawno oglądałem mecz OM-Lille i wicemistrzowie Francji wyglądali dużo lepiej, niż strasznie męczący się z Lille Inter. Po przyjściu Ranieriego nastała seria siedmiu zwycięstw z rzędu, ale w ostatnich trzech spotkaniach Inter znów nie wygrał, opórcz 4-4 z Palermo notując porażki z Lecce i Novarą. Podejrzewam, że po drugiej porażce w sezonie z chyba najsłabszym klubem Serie A zawodnikom Interu trudno spojrzeć w lustro. Kto wie, może za tydzień zagrają znowu dobrze i 22 lutego wkroczą na murawę w Marsylii z dobrym morale. Zeszłoroczny dwumecz z Bayernem pokazuje, że to dziwna ekipa. Ale też to, że żeby przegrać z tym nieco rozbitym Interem, trzeba samemu się pokonać.

 

To ostatnie miesiące 20-letniego Shaqiriego w tej koszulce

FC Basel-Bayern Monachium

Jeśli na dziś jestem w stanie sobie wyobrazić niespodziankę w tej rundzie, to jest nią Basel. Dość kontrowersyjne jest to, że jeden z moich ulubionych graczy zaklepał już sobie transfer do Bayernu. Czy będzie miał motywację, by ich teraz upokorzyć? Tak by został odebrany awans Szwajcarów, podobnie jak "upokorzony" był Manchester, choć nie była to ocena słuszna. Basel gra dobrą piłkę, w tym sezonie - sądząc po postawie w grupie - trafili na prawdziwą żyłę złota talentów. Granit Xhaka i Fabian Frei pewnie niedługo podążą drogą Shaqiriego. Wnieśli masę energii do zespołu, w którym kisili się weterani Alexander Frei, Marco Streller i Benjamin Huggel. To jest ich sezon, lepiej raczej nie będzie. Co prawda "ich sezon" powinien, wedle wszelkich prawideł, skończyć się sukcesem w postaci awansu do tego etapu, ale... nie wiem, chyba po prostu nie chciałbym się z nimi żegnać. Liga szwajcarska to zbyt niski poziom, by tam "zesłać" Basel. Bayern nie zaczął rewelacyjnie rundy wiosennej, zwłaszcza na wyjazdach zawodzi, toteż szanse są, choć przynam - typuję Basel bardziej dla zabawy. Tak czy siak, oba zespoły grają w "niemieckim stylu" (tym nowym, ofensywnym) i powinien to być najlepszy piłkarsko dwumecz tej fazy.

sobota, 21 stycznia 2012
Gladbach

Polska liga uchodzi za bardzo zaskakującą, ale w tym sezonie coś przewidywalnie przedstawia się tabela. W czołowych ligach zaś zawsze jakaś niespodzianka: Levante, Newcastle, Montpellier... W niemieckiej Bundeslidze jest to Borussia Monchengladbach. W ostatnim sezonie zajęła 16. miejsce, a w lecie nie wzmocniła się specjalnie nikim. Co prawda przybycie w lutym trenera Luciena Favre (był bez pracy od 2009, gdy zwolniła go Hertha) odmieniło ekipę - ilość punktów na mecz wzrosła z 0,7 do 1,7! - ale wydawało się, że to wybryk, że to absolutnie nie jest skład na górną połowę tabeli. Najszczodrzejszy kibice typowali ósme miejsce.

No i patrzcie. Gladbach walczy o mistrzostwo i jak się okazuje, ma wspaniały skład. Marco Reus stanie się latem najdroższym zawodnikiem w składzie Borussii Dortmund po transferze na ponad 18 mln euro, a 19-letni Marc-Andre Ter Stegen już jest jednym z najlepszych bramkarzy w kraju i jeśli zostanie sprzedany za dowolną kwotę - też będzie jej wart.

Dzisiaj zaczęła się runda wiosenna i tak samo jak na otwarcie jesienniej, Gladbach pokonali Bayern. Znów Ter Stegen błyszczał, podczas gdy naprawdę zadziwił, in minus, Manuel Neuer. Mityczny już golkiper po jednej niezręcznej sytuacji w debiucie prędko zaczął udowadniać swoją wartość. Zaliczył m.in. serię kilkunastu meczów bez utraty bramki. Jest twardszy niż tytan... nie wiem, co to za stop - śmiał się Karl-Heinz Rummenigge. I oto znów Neuer trafił na swój jedyny ciemny punkt w swojej bawarskiej historii i... nie był sobą. Jak przez 17 godzin nie tracił niedawno gola, tak teraz w ciągu jednej puścił trzy. Z czego najważniejszą, pierwszą bramkę, puścił w okolicznościach... cóż.

Niedawno Valdes, teraz Neuer - bramkarze znani z doskonałej gry nogami coś ostatnio nie mają szczęścia. Nie był to jednak niewymuszony błąd - zauważcie, jak mocno naciskali gracze Gladbach w sytuacji, gdzie większość zespołów dałaby sobie spokój. Od momentu tej bramki Borussia nie grała otwartej piłki, bo nie musiała. Bayern się starał, ale pod nieobecność Ribery'ego brakowało ostatniego podania, stuprocentowych okazji - z tych "mniej procentowych" zaś trudno było pokonać fenomenalnego Ter Stegena. Formę po doskonałej rundzie jesiennej zachowała najlepsza w lidze obrona - wyróżnić mogę pilnującego lewej flanki Filipa Daemsa, który zupełnie znulifikował wysiłki Robbena oraz Mullera, nadal niemogących znaleźć formy. Stoperzy, zwłaszcza Roel Brouwers, popisali się z kolei blokowaniem strzałów z niewielkiej odległości, frustrując aktywnego jak zawsze Mario Gomeza.

Jak dobry jest Reus, o tym pewnie już jesienią słyszeliście aż zbyt wiele. Jest cudowny. Potrafi tak szybko podejmować trafne decyzje - kiedy go oglądam, mam wrażenie, że nie myśli, że jest jak maszyna, walczy o piłkę po czym automatycznie włącza sprint, drybling lub podanie - wszystko klasy światowej. Holger Badstuber jest uważany za czołowego obrońcę ligi, ale przy Reusie wyglądał momentami jak dziecko. Zobaczcie, jak zahipnotyzowany był przy trzeciej bramce - człowiekowi niemal przychodzi na myśl kultowy już Zizou, bo jak to miał w zwyczaju Francuz, Reus zmylił obronę nie tyle balansem czy techniką, co... głową. Patrzył i patrzył w jedną stronę, by nagle bez ostrzeżenia odpalić w inną. Oglądać jego współpracę z Piszczkiem, Gotze i Lewandowskim - to zapowiada się przepysznie.

To był naprawdę świetny mecz, szybki, pełen walki. Głównie ze strony Gladbach. Juan Arango przeniósł na sezon formę z Copa America, ciągle jest świetny. O klasie Mike Hanke niech świadczy asysta przy golu na 2-0. A przecież gwiazdą wieczoru był jeszcze kto inny, 20-letni Patrick Hermann, który biegał i biegał, aż obrona zupełnia traciła go z oczu. Niech o poziomie jego występu świadczy fakt, że najbardziej bezradnym zawodnikiem meczu nie był Neuer ani Bastuber, ale kryjący Hermanna Philip Lahm. Kto by się spodziewał?

 

Intrygujący początek rundy wiosennej. Wielu uważa Bayern za murowanego faworyta do mistrzostwa, ale po dzisiejszym występie mogą się jeszcze raz zastanowić. Mimo powrotu po kontuzji najlepszego gracza jesieni - Schweinsteigera - Bayern grał apatycznie, nie potrafił niczym zaskoczyć obrony i bramkarza rywali, nie potrafił przycisnąć, nie prezentował zbyt wielu ładnych zagrań, gubił się w kryciu... Bramkę na 3-1 zdobył tylko wskutek wyraźnego rozprężenia w szeregach Borussi. Gracze z Gladbach byli po prostu sami w szoku, jak łatwo wygrali ten mecz.

Co dalej? W sobotę Schalke, w niedzielę - Dortmund. Obie te ekipy na pewno marzą o tytule. W Dortmundzie pojawiły się kolejne problemy zdrowotne: nie zdziwcie się, jeśli nie zobaczycie na boisku Piszczka, Gotze, a także pierwszego oraz drugiego bramkarza.

wtorek, 10 stycznia 2012
Ameryka nam pożyczy

USA uchodzą, w porównaniu z Europą, za kraj spaczonego chciwością kapitalizmu. Ale jeśli popatrzeć na systemy sportowe - jest odwrotnie, oni mają socjalizm i każdy się dzieli z każdym, a my tylko kupić i mieć. Nawet najbardziej "liberalna" w Stanach liga NBA ma zasady (ograniczenie zarobków drużyny, podział zysków, wspieranie najsłabszych w drafcie itp.) wyglądające niczym hippisowska komuna w porównaniu z drapieżnym światem europejskiej piłki nożnej, gdzie po prostu wszystko ma swoją cenę, trzeba to za nią kupić i w sumie tyle jest filozofii (ostatnio Platini stara się to zmienić, ale czy "Finansowe Fair Play" się powiedzie, to dopiero zobaczymy).

Fryzura o nazwie

Zabawnie to wygląda, gdy się czyta o klubach MLS. Jak być może pamiętacie, gdy w Los Angeles chciał zamieszkać David Beckham, zmieniono zasady kontraktowe w tej lidze. Do tej pory maksymalny kontrakt wynosił bodaj 400 tys. dolarów rocznie - Beckham dostał 250 milionów za pięć lat gry. Troszeczkę za dużo. Tak więc wprowadzono zasadę, że klub może zatrudnić jednego (a później dwóch i trzech) graczy, którzy przekroczą limit. Ostatecznie Beckham dostawał za grę 6,5 mln dolców (przy czym 400 tys. rekompensowała... cała liga), a te 50 mln rocznie wynikały z tego, że w przeciwieństwie do chciwych klubów europejskich, Galaxy nie zabrało piłkarzowi praw do wizerunku. Dobrzy Amerykanie!

Od tego czasu "regułę Beckhama" zastosowano dla kilkudziesięciu zawodników, z czego paru zarabiało więcej, niż dotychczasowy limit zarobków całej drużyny (ok. 2 mln dol.). Są to: Thierry Henry, Rafael Marquez, Robbie Keane i Landon Donovan. W przeszłości był też Cuauhtemoc Blanco.

I tu dochodzi do ciekawego starcia systemów. Otóż w Stanach nie ma praktyki kupowania ani sprzedawania sportowców niczym krów na targu. Jak chcesz komuś zabrać piłkarza, musisz się z nim wymienić, oferując sportowe dobra podobnej wartości. Bez oddawania nikogo, podpisać piłkarza możesz za darmo - gdy ten dokończy swoją umowę z obecnym pracodawcą.

Nie jestem do końca pewien, jak to działa. W każdym razie Amerykanie są dobrzy i jeśli jakiś zawodnik jest chciany w Europie, to go pożyczają. Najchętniej zimą, gdy MLS pauzuje, ale da się to przeciągnąć... Tak było z Beckhamem, dwukrotnie ekspediowanym do Milanu. Do Meksyku pożyczano Blanco. W 2012 roku USA stały się bardzo "hojne": do Aston Villi trafił Robbie Keane, do Evertonu - Landon Donovan (w swojej trzeciej eskapadzie na wypożyczenie). Rozmawiano w kwestii wypożyczenia do PSG Beckhama. Wreszcie - powrócił Thierry Henry. Drugi najlepiej zarabiający gracz amerykańskiej ligi przybył jako zapchajdziura, gdy Gervinho i Chamakh pojechali na Puchar Narodów Afryki.

Wenger wczoraj mówił, że po dwóch miesiącach Henry wraca do Stanów. Ale dzisiaj już mówił, że może da się to choć trochę przedłużyć...


To TYLKO 1/32 finału Pucharu Anglii, a Leeds to obecnie dość słaba ekipa (8. miejsce w angielskiej drugiej lidze). ALE... Thierry Henry po niemal pięciu latach wrócił do Arsenalu i zaledwie 10 minut po wybiegnięciu na murawę zdobył zwycięską bramkę.

To trzeci najlepszy strzelec w historii ligi i kto wie, kto wie... drugie miejsce nie jest tak daleko. Pozycja Van Persiego w ataku Arsenalu wydaje się niezagrożona, ale po takim wejściu nagle jakoś mi trudno wierzyć Henry'emu, że przyjechał siedzieć na ławie. O ile dostanę się na ławę - mówił BBC jeszcze 6 stycznia. Czy to będzie pięć sekund gry, sekunda, czy tylko rozmowy w szatni - będę z siebie dawał najlepsze.

Zobaczymy.

 

Pucharu Anglii nie obroni Manchester City, który przegrał z United 2-3. Nie był to wielki mecz. Zwracam na niego uwagę ze względu na czerwoną kartkę dla Vincenta Kompany'ego. Rzadko widzę, by zawodnik wylatywał z boiska po wślizgu, którym idealnie trafia w piłkę, w ogóle nie dotyka nóg rywala, ba - ten jest tak zaskoczony utratą piłki, ża nawet nie pomyślał o jakimś udawaniu faulu. Czy sprawiedliwie został usunięty tylko za to, że zagranie było ryzykowane? Komentatorzy Sky byli przekonani, że owszem. Ja - niezupełnie...

sobota, 07 stycznia 2012
Stara Dama ciągle dziewica

Mamy już półmetek sezonu i prawie każdy w Europie dawno stracił dziewictwo, choćby najsilniejszy. Real przegrał z Levante, Manchester City z Chelsea, nawet Barcelona. Cnoty nie ma też, formalnie rzecz biorąc, nawet ta wspaniała ostatnio Benfica - choć nie ugięła się Basel i Manchesterowi ani nikomu w lidze, w Pucharze Portugalii uległa 1-2 Maritimo.

Ale oto jedna ekipa jeszcze nie przegrała. Juventus Turyn. W pucharach europejskich przegrać nie mogli, bo w nich nie grają (7. miejsce w zeszłym sezonie). W Coppa Italia zaczęli od 1/8 finału, po dogrywce eliminując Bolonię. W Serie A rozegrali 16 kolejek i nie przegrali ani razu.

Znaczenie tego osiągnięcia jest oczywiście tylko symboliczne. Nie przegrywać - to za mało. AC Milan, choć poległ dwukrotnie (w tym z Juve), ma tyle samo punktów. Najmniej goli traci nie Juve, a Udinese (fachowcy ciągle zastanawiają się, jak Udinese to robi). Ale za tym symbolem stoi jednak ogromny postęp, bo gdy w jednym sezonie traci się do lidera 24 pkt., a w następnym już zero - jest co obserwować. Reszta czołówki pozostaje w miarę niezmienna, imponująca Atalanta cierpi wskutek 6 pkt. kary za korupcję - to Juve jest na razie najciekawszą historią sezonu, dając nadzieję na pierwszego od 2003 r. mistrza spoza Mediolanu (legalnego).

Po aferze Calciopoli i relegacji do niższej klasy, rodzina Agneli zrobiła to, co powinna - wzięła się za odnawianie swego klubu. Bez gry w LM było o to trudno, ale inwestycje były mądre. Nowy stadion to jak najlepszy prezent dla zmęczonych fanów.

Andrea Pirlo w barwach Juventusu

Opłaciły się transfery. Pierwszy z nich, przeprowadzony jeszcze w maju, okazał się najlepszym. Byłem sceptyczny wobec zatrudniania 32-letniego Andrei Pirlo, ale playmaker jest nie tylko tym, czego potrzebowała Stara Dama, ale w pewnej mierze - także tym, czego brakuje teraz Milanowi. Dwa w jednym. Jego partner ze środka pomocy, Arturo Vidal, nie stał się (jeszcze?) najlepszym graczem ligi, jak można by się spodziewać po jego dominacji w Bundeslidze, ale w wielu meczach ten waleczny box-to-box był liderem. Gdy ustabilizuje tę formę - 10 mln euro okaże się przeceną. Bardzo pomocny jest też prawy obrońca Stephan Lichtsteiner, równie dobry jak w Lazio.

Trener Juventusu Antonio Conte

Transfer równie ważny: trener Antonio Conte. Pod jego wodzą Juventus walczy w każdym spotkaniu i chociaż umiejętności piłkarzy ciągle nie plasują się w czołówce Europy, mecze ogląda się dobrze. Conte ustabilizował obronę: podobnie jak Lichsteiner, w każdym meczu grali Giorgio Chiellini i Andrea Barzagli. Chiellini nieźle sprawuje się, gdy musi grać na lewej stronie, choć nadal można uznać tę pozycję słaby punkt - zakup klasycznego "lewego" i przesunięcie reprezentanta Włoch na środek to opcja na lato. Tam znajdzie dobrego partnera w postaci Barzagliego, który jak na razie okazał się dość niezawodny, podobnie jak Gianluigi Buffon - Gigi nieraz w tym sezonie zaimponował i znów można go bez siary wymieniać wśród najlepszych bramkarzy Europy.

Claudio Marchisio strzelił dla Juventusu 6 goli

Większy problem ma Conte z atakiem. 27 goli w 16 spotkaniach - to mało nawet jak na Włochy (Napoli ma 29, Milan - 35). Na flankach najczęściej widzę Claudio Marchisio i Simone Pepe. Oni byli źródłem 11 bramek w lidze, zaskakując mnie in plus. Ale przy systemie 4-4-2 potrzeba lepszych zawodników. Takimi mieli być Milosz Krasić i Eljerio Elia, lecz prezentują się słabo i grają rzadko. Serb ma zostać sprzedany, Holender... cóż, poczekajmy, może zrealizuje jeszcze swój potencjał. Wśród napastników niby wiele ciekawych nazwisk, ale mało skutecznych. Allessandro Matri dał drużynie 6 goli, Del Piero - zero, Mirko Vucinić - dwa, Fabio Quagliarella - jednego (każdy z nich wystąpił w co najmniej 8 spotkaniach). Gdzieś tam w krainie odzyskiwania formy są jeszcze Amauri czy Luca Toni. Właśnie wypożyczono Marco Boriello, który parę lat temu był skuteczny... Karuzela będzie się więc kręcić, ale widać brak pewniaka, na wzór Ibrahimovicia, Di Natale, Cavaniego, Denisa czy Klose.

Mimo problemów ze skutecznością i braku gwiazd, Juventus jest w tej chwili najfajniejszą ekipą we Włoszech - waleczną, grającą dość otwarty futbol. Wydaje się, że gdy Lazio, Udinese, Napoli, Roma i Inter powalczą o trzecie miejsce, Juve i AC Milan wyglądają na pewniaki do walki o tytuł do końca. Latem zaś kolejne transfery mogą zrobić ze Starej Damy zespół gotowy do walki w Lidze Mistrzów. Na razie nieobciążone pucharami Juve jest na dobrej drodze do mistrzostwa - trzymajcie ich na oku podczas zaczynającej się dziś rundy wiosennej.

niedziela, 25 grudnia 2011
Książę Paryża, Kopciuszek z Montpellier

Wydarzenia tego sezonu na razie nie wpływają zbyt pozytywnie na prestiż ligi francuskiej. Ligue 1 chyba nie tylko utknęła na piątym miejscu w Europie, nie mogąc dorównać lidze włoskiej, ale nawet jest zagrożona spadkiem, gdy dynamicznie rozwija się futbol w Portugalii. Ba, jestem praktycznie pewien, że tak się stanie. Różnica jest bowiem minimalna: Francja ma 53 pkt., Portugalia 52. Tyle że o ile ci drudzy będą mieli na wiosnę w grze cztery ekipy, z czego trzy w łatwiejszej Europa League, tak Francuzi mają tylko dwie drużyny, obie w LM, gdzie o punkty trudniej.

Tylko dwie ekipy - to brzmi kiepsko. Aż osiem krajów ma ich więcej - w tym Rosja, Holandia i Belgia. Co ciekawsze, było naprawdę bardzo blisko, by tych ekip Francja miała zero. Obie wyszły z grupy "psim swędem". Jak było z Lyonem, chyba wszyscy pamiętają. Marsylia podobnie - raczej nie awansowałaby, gdyby jej rywal walczył o punkty. Ale był w takiej sytuacji, że musiał wygrać czterema bramkami. Tylko dzięki temu OM byli w stanie wbić w ostatnich minutach dwa gole, pokonać Borussię 3-2 i wyprzedzić Olympiakos, który pierwszy raz w swojej historii występów w LM nie wszedł do 1/8 finału. Na miejscu Greków czułbym się lekko wydymany przez los.

Pozostałe ekipy już szczęścia nie miały, wypadały z gry. Najlepiej zaprezentowało się Lille, rażąc jednak nieskutecznością. Wielka szkoda, ale liczy się wynik, a ten jest jednoznaczny - mistrzowie Francji (obecnie 3. miejsce w tabeli) nie wyszli z chyba najłatwiejszej grupy LM. Europa League? Tutaj dopiero było wspaniale. Sochaux można jeszcze wybaczyć to 0-4 z Metalistem Charków, bo oni w Ligue 1 też są słabi, zajmują obecnie przedostatnie miejsce. Ale PSG i Rennes we Francji radzą sobie nadal dobrze i ich porażki wpływają negatywnie na obraz ligi. PSG ustąpiło nie tylko Atheltikowi, ale też Red Bullowi Salzburg, temu ogranemu w zeszłym sezonie przez Lecha. Z kolei Rennes uległo Atletico, Udinese i Celtikowi - z każdym przegrało na wyjeździe i zremisowało u siebie. No słaba, słaba ta liga francuska.

Nene z barwach PSG

Problem tkwi w decentralizacji. W silnych ligach największe miasta mają swoje bogate kluby, a te malutki są dla nich tłem - tak jest we Włoszech, Anglii, Hiszpanii. W Niemczech - nieco mniej, ale francuska liga zawsze była ewidentnie najbardziej wyrównana. Tymczasem chyba potrzeba jakiegoś zastrzyku pieniędzy, które nie poszłyby tylko na szkółki wychowujące przyszłych graczy Arsenalu, ale też na gwiazdy. Gwiazdy, które przyciągną tłumy i wygrają coś w Europie. Dlatego z zaciekawieniem obserwuję PSG. To jest to miasto (największe w kontynentalnej Europie) i ten poziom finansowy (Qatar Investment Authority ma udziały m.in. w Porsche i Volkswagenie), które dają szansę na wejście do czołówki. Pierwszy raz od dawna francuski klub zaczął "kraść" zawodników z wyżej notowanej ligi. Na razie Serie A, skąd zawinięto cenionych: Pastore, Meneza, Sirigu i Momo Sissoko.

Spodziewałem się mistrzostwa dla Paryża, ale i tak zaskoczyło mnie, jak szybko zaczęli prowadzić w tabeli. Początek był słodki, w świetnej formie był we wrześniu Pastore. Dopiero później zaczęły się problemy. Co tydzień słyszę o jakimś nowym konflikcie w składzie. Najgłośniejszy jest ten z Pastore - słyszycie go zawsze, gdy gwiżdżą na niego paryscy kibice. Argentyńczyk jest niezadowolony z francuskiego stylu życia ("ludzie są chłodni") i gry ("piłkarze za rzadko podnoszą głowy"). Prawdopodobne jest, że niedługo Paryż pożegna też Jeremy'ego Meneza, który jest w jakimś osobistym konflikcie z Kevinem Gameiro. Napastnik jest jednym z piłkarzy, którzy nie zawiedli w tym sezonie: strzelił 9 goli i generalnie był w stablinej formie, podobnie jak Nene, ciągle lider drużyny z Paryża. Ale PSG stoi jednak nadal obroną, a tutaj trzeba wyróżnić wspaniałego Salvatore Sirigu oraz każdego z obrońców (Diego Lugano okazał się dość niepewny, ale też został kupiony za jedyne 3 mln euro i bywa przydatny w ataku).

Nie wszytko gra, ale paryżanie dobrze o tym wiedzą. Francja spodziewała się fajerwerków i trener oraz zawodnicy proszą o cierpliwość, zanim ich dostarczą. Tuż po ostatnim meczu rundy jesiennej pojawiły się plotki, że Antoine Kombouare został zwolniony z powodu porażki w Europa League. Zastąpić miał go Rafael Benitez. Klub na razie oficjalnie oświadczył, że "prowadzone są spokojne rozmowy dotyczące przyszłości".

Plany na zimę? Według plotek: David Beckham (ogłoszony na dniach?), Carlos Tevez (PSG czeka na ruch Milanu), Adel Taraabt (kolejny niepokorny?), a także Nicolas Anelka, Younes Kaboul, Dimitar Berbatow czy tradycyjnie Kaka.

Younes Belhanda w barwach Montpellier

Najlepiej broni PSG (i Tuluza), za to najlepszy atak ma, bez wątpienia, Montpellier. To wielka niespodzianka sezonu - z trzema punktami straty do lidera zajmuje drugie miejsce, przed Lille i Lyonem. Nie zmieniło się wiele w porównaniu z sezonem poprzednim, zakończonym na 14. miejscu. Wtedy gracze z południowego wybrzeża zdobyli 32 gole - teraz już na półmetku mają 39. Jedyny widoczny transfer to przybycie Henri'ego Bedimo z Lens - 27-letni Kameruńczyk udowadnia, że nigdzie nie szkoli się takich lewych obrońców, jak we Francji, będąc ostatnio może najlepszym z nich. Pozostałe gwiazdy sezonu po prostu nagle zaczęły grać dużo lepiej. Wyróżnia się oczywiście Olivier Giroud, zdobywca 13 bramek i 5 asyst. Równie wielkie postępy należy jednak przypisać rozgrywającemu, jakim jest 21-letni Younes Belhanda, obdarzony wspaniałym przeglądem pola. Jeszcze jednym odkryciem jest 24-letni reprezentant Tunezji (choć spędził w Montpellier całe życie) Jamel Saihi - defensywny pomocnik, który z wielką skutecznością przejmuje piłkę i sprawnie zaczyna akcje swojego zespołu. Jeśli drugie półrocze będzie dla tych zawodników równie udane, oczekujcie transferów do czołowych klubów Europy. Albo chociaż PSG.

 

Tak to obecnie wygląda. Bycie czołowym piłkarzem Ligue 1 wiąże się wyłącznie z transferem do Anglii, to jest dla tych zawodników największe osiągnięcie. Nikt nie oczekuje, że Eden Hazard coś osiągnie z Lille - każdy czeka, aż ten wzmocni Chelsea czy Real (bo bez wątpienia byłby tam wzmocnieniem). Patrząc na wyniki francuskich ekip w Europie, trudno się dziwić. Czy PSG zmieni coś w tej kwestii? Czy w przyszłym roku zobaczymy jakiś postęp, jeśli chodzi o ligę francuską? Zobaczymy. W tym sezonie średnia goli wzrosła do 2,55 - pierwszy raz od dawna Ligue 1 wyprzedziła ligi portugalską oraz włoską, choć nadal znacznie ustępuje choćby holenderskiej. Jeśli się wysilimy, można dostrzec potencjał, ale na razie Francuzi będą modlić się, by nie stracić jednego miejsca w Lidze Mistrzów. Gdy jednak traficie w telewizji na mecz Lille czy Montpellier, warto nie przełączać - to "niskobudżetowy", ale ładny futbol.

czwartek, 08 grudnia 2011
Ostatni dzień fazy grupowej

Zazwyczaj jest nudny. Kto miał zapewnić sobie awans, zapewnił. Teraz gra rezerwami. Jakieś cieniasy walczą o drugie miejsce. Wczorajszy ostatni dzień przejdzie do historii jako jeden z tych bardziej pamiętnych.

Kiedy media piszą o "sensacyjnym" odpadnięciu Manchesteru United z Basel, wiem, że wynika to głównie z tego, że ludzie wypowiadający się o piłce nożnej z reguły nie oglądają meczów. Trwałość renomy pewnych klubów jest wszechogarniająca - co w sumie można zrozumieć, biorąc pod uwagę, że ostani raz United nie wyszło z grupy LM w sezonie 2005-06. Ale gdyby oglądać dotychczasowe mecze United i Basel w tym sezonie, nie wiedząc, że jeden klub to legenda, która wszystko przetrwa, a druga jest ze słabej ligi, więc nie ma co zawracać sobie głowy - nie da się ukryć, że Basel grało lepiej. No trudno jest mi mówić o sensacji, kiedy wiadomo było, że United, jeśli awansuje, to raczej szczęśliwie, niż dzięki faktycznie lepszym umiejętnościom i organizacji taktycznej prezentowanym na boisku.

Najbardziej warte uwagi jest to, że... naprawdę mało brakowało, a United jednak by wymęczyli remis i utrzymali passę w LM. Jedna udana interwencja albo strzał, a jaka przepaść w tym, jak to oceniają "uważne" media - United to solidna ekipa, zawsze swój wymagany wynik osiągnie, bo tak dobrze gra. A jednak czasami szczęście to zmienna dziwka i warto o tym pamiętać, oceniając niektóre ekipy.

Jeśli ktoś uważa, że "nurkowanie to domena południowców", jak głosi mit, niech zobaczy, jak żałośnie walczy o karnego jeden z mistrzów tej dziedziny, Wayne Rooney.

Najlepszym graczem meczu był Xherdan Shaqiri. Tradycyjnie harował jak wół, dominując środek pola od lewej do prawej w sposób, który w sumie był do przewidzenia, patrząc na to, kto gra na pomocy w United. To nie był "jego sezon", jak liczyłem - zaszkodziły zwłaszcza dwa pierwsze mecze, opuszczone z powodu kary za faul. Domowe spotkanie z Gałaczem i wyjazdowe 3-3 z United wyglądać mogły inaczej, gdyby nie te błędy przeszłości. Niemniej ważne jest to, że Basel jako zespół grało dobrze i sezon nadal trwa. A w tym spotkaniu obie bramki padły po dośrodkowaniach Shaqiriego.

Mecze grupy A były raczej ciekawe, choć stanowiły tylko kropkę nad "i". Po pierwsze, dla tragicznego sezonu Villarrealu, który wisi 2 pkt. nad strefą spadkową w lidze, a w LM był jedną z kilku najbardziej bezradnych drużyn. Po drugie, liga angielska może być z braku laku najlepsza w Europie, ale to nie znaczy, że nawet miażdżąca rywali ekipa z Anglii jest od razu dobra na skalę europejską. Potrzeba doświadczenia, ale mam też wrażenie, że może innego trenera. Pamiętacie taki klub jak Inter Mediolan z czasów Manciniego? W jego przypadku stało się regułą, że klub wygrywa w kraju, ale zawodzi w LM. Ciekawe, jak będzie w Manchesterze.

Dużo się mówi o pechu Borussii, bo to "polski" klub, ale dla mnie najlepszą ekipą, która wypadła z fazy grupowej, jest jednak Lille. Spotkanie z Trabzonsporem było jeszcze jednym, w którym przewaga była ogromna, ale rywal sprawnie się bronił, irytując postronnego widza. Inaczej niż w przypadku mistrza Niemiec, Lille wystarczyło wygrać choć jedno z takich spotkań, strzelić choć raz bramkę. Fanom ładnego futbolu musi to lekko łamać serce.

Co się działo w Zagrzebiu... Zapisze się w historii, ale nie wiem, jak. Patrząc na walkę Dynama o pierwszy gol, wydaje się dziwne, by mecz był ustawiony. Druga połowa wyglądała jednak inaczej. Jest więcej powodów, by odpuścić mecz, niż korupcja, ale sprawa na pewno jest jedną z najbardziej podejrzanych w historii Ligi Mistrzów. Zwłaszcza w połączeniu z kontrowersjami sędziowskimi w meczu rezerw Realu z Ajaksem (gracz meczu? Po raz kolejny Jose Callejon. Kapitalny piłkarz).

Krótkie podsumowanie całej fazy grupowej w dniach najbliższych.

niedziela, 27 listopada 2011
Barcelona przegrała

Barcelona w tym roku grała w Primera Division, Lidze Mistrzów, pucharze i superpucharze. Ostatnią porażkę w którychkolwiek z tych rozgrywek poniosła 30 maja 2010 r., szykując się do epickich półfinałów LM. Dość rezerwowy skład z Montoyą, Milito, Fontasem czy Jeffrenem poległ wtedy 1-2 w San Sebastian.

Wcześniej Barca przegrała finału pucharu z Realem, a także kilka spotkań w ostatecznie wygranych dwumeczach. Poprzednia porażka w meczu o punkty? 11 września 2010 r., kiedy to przegrali 0-2 z Herculesem.

Kto nie lubi Barcelony, niech świętuje pełnią swoich sił. Kto wie, kiedy będzie następna okazja...

Real wygrał po raz 9. w lidze i po raz 13. wliczając inne rozgrywki. Ma już sześć punktów przewagi. 10 grudnia na Estadio Santiago Bernabeu bezpośrednie starcie. Jeśli sądzić po ostatnich sześciu meczach - będzie się działo.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6